Współczesne rodzicielstwo przypomina czasem stąpanie po polu minowym, na którym zamiast materiałów wybuchowych rozsypano klocki LEGO, a Ty idziesz boso. W księgarniach półki uginają się od poradników, które obiecują nam dziecięcy spokój i rodzicielską nirwanę w trzy dni. Większość z nich bazuje na teoriach, które brzmią wspaniale w sterylnym gabinecie psychologa, ale rozsypują się w pył w starciu z realną awanturą o to, że kanapka została pokrojona w trójkąty, a nie w kwadraty. Właśnie w ten krajobraz wchodzi Natalia Fedan ze swoją książką „Samoregulacja w praktyce” (Wydawnictwo Sensus, 2019), obiecując nam coś więcej niż tylko mądre sentencje

W świecie, w którym na każdy ból mamy tabletkę z reklamą przedstawiającą uśmiechniętą panią biegającą po łące, książka Izabeli Raczkowskiej „Ciało chore z emocji” uderza jak kubeł lodowatej wody. Autorka, psychoterapeutka z wieloletnim doświadczeniem, bezlitośnie przypomina nam o czymś, o czym w ferworze „dowożenia wyników” i „radzenia sobie z życiem” wolelibyśmy zapomnieć: nasze ciało to kronika wszystkiego, czego nie odważyliśmy się wypowiedzieć na głos

Duchowość to temat, który od paru dobrych lat nie schodzi z afisza, stając się towarem równie chodliwym co rzemieślniczy chleb. W księgarniach zalewają nas tytuły o jodze, medytacji i mitycznym „byciu tu i teraz”, a influencerzy na Instagramie sprzedają nam złote lifehacki na temat afirmacji. Przez ten informacyjny szum większość z nas zaczęła wierzyć, że wystarczy coś wypowiedzieć do lustra, by nabrało mocy i wróciło w najbliższy wtorek z workiem cudów, którymi wykleimy ściany naszego – od tej chwili – szczęśliwego i pełnego dobrobytu domu.

Jeśli marzenie o miejscu, gdzie słońce definiuje rytm dnia, a ocean stanowi nieustanne tło dla kultury barwniejszej niż cokolwiek innego w Europie, ma zostać ubrane w słowa, to „Portugalia. W objęciach oceanu” autorstwa Anny Bittner (Wydawnictwo Poznańskie) jest lekturą obowiązkową. To nie jest kolejny, plastikowy przewodnik, który po trzech rozdziałach zostawia z poczuciem niedosytu. To rzetelna i wciągająca opowieść o kraju balansującym na krawędzi kontynentu, patrzącym z nostalgią w stronę fal. Portugalia to kierunek od dawna zajmujący szczególne miejsce na liście planów podróżniczych, a Anna Bittner jedynie potwierdza, że ta fascynacja jest w pełni uzasadniona.

Wszyscy to znamy. Ten moment, w którym stoisz przed lustrem i z desperacją godną lepszej sprawy recytujesz: „Jestem magnesem na pieniądze”, podczas gdy w portfelu jedynym magnesem jest kurz, a jedyne, co faktycznie przyciągasz, to kolejne wezwania do zapłaty. Brzmi znajomo? Jeśli tak, to witaj w klubie „duchowych turystów”, którzy uwierzyli, że samo klepanie regułek zmieni ich rzeczywistość. Spoiler jest brutalny: nie zmieni. I właśnie o tym, dlaczego tak się dzieje oraz jak to skutecznie naprawić, pisze Joseph Murphy w swojej – już kultowej, ale wciąż zaskakująco świeżej – pozycji „Przebudzona potęga podświadomości. Sztuka afirmacji i techniki zmiany”. Zanim jednak przejdziemy do konkretów, warto ustalić jedno ważne założenie. Jeśli szukasz magicznej różdżki, która zwolni Cię z obowiązku działania, to odłóż tę książkę na półkę i wróć do oglądania filmików z kotami. Murphy nie jest dystrybutorem darmowych biletów do sukcesu. To raczej inżynier umysłu, który pokazuje, że jeśli chcemy realnych zmian, musimy ruszyć tyłek, wspierając się przy tym działaniem Wszechświata, zamiast z nim nieustannie walczyć.

Piątek przywitał mnie brutalnie. Powrót z Rzymu zaczął się o 1:30 nad ranem czterdziestominutowym spacerem na Termini, żeby zdążyć na autobus na Fiumicino. Szło się długo, ciężko i z nieodpartym wrażeniem gigantycznego kaca, choć w żyłach płynęło tylko zmęczenie. Bilans tych pięciu dni? 100 kilometrów w nogach, ponad 121 tysięcy kroków i spalonych niemal 12 tysięcy kalorii. Po przekroczeniu progu domu padłam jak mucha w gościnne łóżko M. i odpłynęłam na bite trzy godziny. Ale miałam plan. Coś mnie nieustępliwie ciągnęło na premierę książki Beaty Lipeckiej-Płocharskiej. Zebrałam więc swój zmęczony zadek i poszłam, bo czułam, że czeka mnie tam autentyczność, której nie da się podrobić.

Stało się. W moje ręce wpadła trzecia już część serii „City Break” od wydawnictwa Bezdroża – tym razem padło na Hiszpanię autorstwa Mai Opałki. I choć mogłabym udawać, że szukam w literaturze podróżniczej wyłącznie egzystencjalnych uniesień i opisów mchu na północnych stokach Pirenejów, prawda jest brutalna: potrzebuję konkretów, żeby nie zmarnować weekendu na szukanie przystanku, którego nie ma. Ta seria ma to do siebie, że – o dziwo – nie zawodzi. Jeśli myśleliście, że po dwóch poprzednich tomach autorzy spoczną na laurach i zaczną lanie wody, to mam dla Was złą wiadomość: Hiszpania w tym wydaniu to rasowy przewodnik, który nie bierze jeńców, a masa urzekających zdjęć sprawia, że czytanie zamienia się w seans tortur – w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Patrzysz na te wąskie uliczki Sewilli, na surowe wybrzeża północy czy modernistyczne cuda Barcelony i czujesz fizyczny ból, że w tej chwili Twoim jedynym widokiem jest ekran monitora i rachunek za prąd. Fotografie nie są tu tylko zapychaczem stron; one budują klimat, nastroje i – co najważniejsze – nie są wyretuszowane do granic absurdu. Pokazują Hiszpanię taką, jaka jest: żywiołową, kolorową i momentami cudownie chaotyczną.

Zdarza się, że człowiek w przypływie desperacji lub chwilowej wiary w lepsze jutro, wyciąga z portfela te skromne, ciężko zarobione pieniądze i inwestuje je w coś, co ma mu uratować resztki zdrowia psychicznego. Tak było tym razem, gdy zachęcona poleceniem Violetty Jankowiak, nabyłam drogą kupna „Teorię Pozwól Im” Mel Robbins. I od razu uprzedzam: ta książka nie odkryła przede mną Ameryki. Nie doznałam nagłego objawienia, po którym zaczęłam lewitować nad biurkiem, a moje problemy zniknęły w oparach różowego dymu. Ale zrobiła coś znacznie ważniejszego — ubrała w słowa to, co intuicyjne czułam od dawna, tylko brakowało mi tupetu, by wprowadzić to w życie na pełnej petardzie i przestać się tłumaczyć z własnego dystansu.

Jeśli na dźwięk słowa „medytacja” przed Twoimi oczami staje obraz instagramowej modelki, która w pełnym makijażu, owinięta w kaszmirowy koc o wartości Twojej dwumiesięcznej pensji, promienieje wewnętrznym blaskiem nad brzegiem oceanu – gratulacje. Właśnie padłaś ofiarą największego marketingowego przekrętu XXI wieku. Bo umówmy się: w realnym świecie medytacja kojarzy się raczej z desperacką próbą niezaśnięcia podczas nudnego dnia albo liczeniem do dziesięciu, gdy rzeczywistość po raz kolejny postanawia przetestować Twoją wytrzymałość na absurd. I tu wchodzi Agnieszka Passendorfer ze swoją książką „Medytacja. Odkryj swój sposób na uspokojenie umysłu i ciała”, która serwuje nam odczarowanie mistycznej mgły. To nie jest kolejny podręcznik o tym, jak lewitować nad biurkiem. To raczej instrukcja obsługi własnej głowy dla ludzi, którzy mają dość szumu – tego w słuchawkach i tego generowanego przez toksyczne otoczenie.

Są takie książki, które trafiają w człowieka dokładnie wtedy, kiedy zaczyna podejrzewać, że joga to może jednak coś więcej niż ładne legginsy, mata z korka i zdjęcia z zachodem słońca na Instagramie. Ścieżka światła. Praktyki jogi królewskiej od podstaw Deepaka Chopry i Sarah Platt-Finger to właśnie taka pozycja — książka, która nie próbuje udawać, że joga jest magicznym zaklęciem na wszystkie życiowe problemy, ale jednocześnie pokazuje, że może być czymś znacznie głębszym niż stretching z YouTube’a. I robi to w sposób przystępny, spokojny i zaskakująco praktyczny, co w świecie duchowych poradników jest rzadkością.

Są takie książki, które pojawiają się dokładnie w tym momencie, kiedy człowiek ma już serdecznie dość słuchania, że „wystarczy nie przejmować się opinią innych” i „po prostu być sobą”. W świecie, w którym hejt jest walutą internetu, a „konstruktywna krytyka” bywa tylko ładniej opakowanym atakiem, hasła o „gruboskórności” i „niebraniu do siebie” brzmią jak tani żart. Na tym tle Mózg odporny na krytykę. Neuronaukowe i psychologiczne metody radzenia sobie z lękiem przed oceną i hejtem Justyny Żejmo wypada jak ktoś, kto wchodzi do pokoju pełnego chaosu, zapala światło, otwiera okno i mówi: „Dobrze, to teraz po kolei”. I robi to bez infantylizowania, bez duchowych banialuków i bez udawania, że wystarczy „zmienić mindset”, żeby przestało boleć.

Są książki, które kupujemy z myślą, że „trochę się podszkolę”, a potem okazuje się, że to one szkolą nas bardziej, niż planowaliśmy. Psychologia i życie Philipa Zimbardo i Richarda Gerriga należy dokładnie do tej kategorii. To podręcznik, który od lat krąży po uczelniach, kursach, szkoleniach i półkach ludzi, którzy chcą zrozumieć, dlaczego człowiek robi to, co robi. I choć mogłoby się wydawać, że po tylu latach obecności na rynku niczym już nie zaskoczy, to najnowsze wydanie pokazuje, że klasyki potrafią się starzeć z godnością — a nawet z pewną dozą świeżości.

Ciało – ten nieznośny kompan, który nieustannie towarzyszy nam od pierwszego oddechu do ostatniego westchnienia. Jak z nim żyć w zgodzie? Dorota Jędrusik próbuje nam to opowiedzieć w swojej książce „Mądrość ciała”. I robi to tak, jakby znała wszystkie nasze sekrety — począwszy od niecierpliwości bioder, przez buntujące się plecy, aż po ten nieprzewidywalny kaprys hormonów, które czasem prowadzą ciszę nocną do wrzawy poranka. Ale spokojnie, nie jest to zwykły poradnik „jak żyć zdrowo”. To raczej trochę filozoficzna, trochę terapeutyczna, a przede wszystkim szczera opowieść o tym, jak nasze ciała próbują nam coś powiedzieć, choć często ich nie słuchamy.

Zupełnie niespodziewanie, ale jakby zupełnie na czas – do moich rąk trafiła książka Lotty Borg Skoglund „Dzieciństwo, dorastanie i dorosłość kobiet z ADHD. Wyjście z cienia”. I skoro sama niedawno dostałam diagnozę ADHD, lektura tej publikacji okazała się dla mnie niemal katharsis. Poszukiwałam w niej odpowiedzi na pytania, z którymi borykam się od dawna, a które dotąd pozostawały wielką zagadką – rodzajem niewidzialnej mgły, która skutecznie zaciemniała spojrzenie na samego siebie i swoje życie.

Odkąd istnieje świat i rodzicielstwo, towarzyszy nam legenda o nastolatkach, którzy w jednej chwili potrafią być aniołami, a w następnej – żywiołowymi wulkanami emocji i hormonów. Być może sami pamiętamy ten okres jako trudny i pełen sprzeczności, a współczesne pokolenie rodzi reformulację tych doświadczeń – tylko z większą liczbą ekranów i mediów społecznościowych. W tym całym chaosie domowych kłótni, szkolnych dramatów i zagubienia, normalne jest, że rodzice – czasem wycieńczeni – szukają czegoś, co pomoże im zrozumieć, o co tak naprawdę chodzi w mózgu nastolatka i co robić, gdy te grupy neuronów czasem wywołują tornado w domu.

Nie każda książka medyczna potrafi mówić o zdrowiu intymnym kobiet w sposób przystępny, konkretny i bez zbędnego patosu. Ale ta właśnie tak. „Dobrze, że pytasz” to przewodnik, który nie tylko odpowiada na pytania, które wiele z nas boi się zadać, ale przede wszystkim daje poczucie, że wreszcie ktoś mówi do nas po ludzku — bez oceniania, bez zawstydzania, bez medycznego żargonu, który trzeba tłumaczyć z łaciny na codzienność.

Nie każda książka podróżnicza zaczyna się od pytania: „A może by tak gdzieś pojechać… ale bez stresu, bez lotniska, bez tłumów?” — ale ta właśnie tak. „Samochodem na weekend z Polski” to przewodnik dla tych, którzy nie chcą już słuchać znajomych opowiadających o swoich spontanicznych wypadach do Rumunii, tylko sami chcą wreszcie ruszyć w trasę. I najlepiej zrobić to bez konieczności tłumaczenia się komukolwiek.

Książka „Strasznostwory” wydawnictwa Czytalisek to jedna z tych pozycji, które z pozoru wyglądają na idealne dla dzieci – kolorowe, pełne fantastycznych ilustracji, z tytułem, który obiecuje trochę dreszczyku i przygody. Wydawca jasno rekomenduje ją dla małych czytelników powyżej 6. roku

Jeśli jeszcze myślisz, że ADHD to temat wyłącznie dla dzieci, czas zerwać z tym mitem, i to szybko. „ADHD. Poradnik dla dorosłych” z PWN postanawia rozsadzić tę wygodną iluzję. ADHD nie jest sezonowym trendem czy przelotną fazą, ale trwałym kompanem dorosłego życia. Tylko że teraz nie krzyczy już „hej, jestem tu!”, ale raczej szeptem, często marginilizowany i lekceważony – aż do momentu, kiedy zaczyna rządzić bez umiaru.

Pisanie zawsze było moją pasją, którą z biegiem czasu zaczęłam rozwijać. Na początku był to blog parentingowy z wąskim gronem odbiorców, ale z czasem znalazł się ktoś, kto zaczął publikować moje teksty, a grono czytelników rozszerzyło się do lokalnych odbiorców, którzy sięgają po papier. W końcu nadszedł moment, kiedy pomyślałam, że napisanie książki to świetny pomysł. Tylko nie miałam zielonego pojęcia, jak się do tego zabrać, od czego zacząć i w końcu, o czym napisać.