Zaczęło się od przypadku w skansenie we Wdzydzach Kiszewskich – wiecie, między chatą krytą strzechą a zapachem starego drewna łatwo o romantyzację przeszłości. Ale kiedy ta sama historia dopada cię w sterylnej sali widowiskowej Sztumskiego Centrum Kultury, wiesz już, że to nie kwestia scenografii. To kwestia prawdy, która uwiera jak kamień w bucie, którego nie wypada zdjąć przy ludziach. „Opowieści wiejskich dziewuch” to nie jest grzeczny wieczorek z folklorem, to wiwisekcja losu kobiet z XIX-wiecznej wsi, podana nam prosto w twarz przez ówczesną Szpetuchę.

Stało się. W moje ręce wpadła trzecia już część serii „City Break” od wydawnictwa Bezdroża – tym razem padło na Hiszpanię autorstwa Mai Opałki. I choć mogłabym udawać, że szukam w literaturze podróżniczej wyłącznie egzystencjalnych uniesień i opisów mchu na północnych stokach Pirenejów, prawda jest brutalna: potrzebuję konkretów, żeby nie zmarnować weekendu na szukanie przystanku, którego nie ma. Ta seria ma to do siebie, że – o dziwo – nie zawodzi. Jeśli myśleliście, że po dwóch poprzednich tomach autorzy spoczną na laurach i zaczną lanie wody, to mam dla Was złą wiadomość: Hiszpania w tym wydaniu to rasowy przewodnik, który nie bierze jeńców, a masa urzekających zdjęć sprawia, że czytanie zamienia się w seans tortur – w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Patrzysz na te wąskie uliczki Sewilli, na surowe wybrzeża północy czy modernistyczne cuda Barcelony i czujesz fizyczny ból, że w tej chwili Twoim jedynym widokiem jest ekran monitora i rachunek za prąd. Fotografie nie są tu tylko zapychaczem stron; one budują klimat, nastroje i – co najważniejsze – nie są wyretuszowane do granic absurdu. Pokazują Hiszpanię taką, jaka jest: żywiołową, kolorową i momentami cudownie chaotyczną.

Początek marca wcale nie nastraja do bycia dla siebie miłą, zwłaszcza gdy za oknem aura przypomina rozmokłą bułę, a w głowie kotłuje się milion myśli na sekundę, bo przecież ADHD nie zna pojęcia „cisza nocna” ani „spokojny posiłek”. Kiedy brałam do ręki książkę Paprockiej o kompulsywnym objadaniu się, miałam nadzieję, że to będzie ta chwila, w której ktoś poda mi konkretny klucz do szafki ze słodyczami, którą sama przed sobą zamykam na kłódkę, a potem w amoku rozbijam ją siekierą. Niestety, lektura ta zostawiła mnie z poczuciem, że właśnie zjadłam ryżowy wafel – niby coś w ustach było, niby objętość się zgadza, ale w środku dalej wieje pustką.

O mnie

Nazywam się Paulina – tak postanowili rodzice. Dziś jednak wolę, gdy znajomi zwracają się do mnie Paula. Uwielbiam książki, jogę, rękodzieło, a dom dzielę z dwoma synami i kotem. Jedną z moich największych pasji jest... pisanie.

Gdybym dostawała złotówkę za każdym razem, gdy scrollując feed widzę wezwanie do „opuszczenia strefy komfortu”, prawdopodobnie pisałabym ten tekst z własnej wyspy na Pacyfiku, a nie z poziomu kanapy, która jest – o zgrozo – bardzo komfortowa. To sformułowanie stało się współczesnym biczem na czarownice, tyle że zamiast stosów mamy wypalenie zawodowe, a zamiast inkwizytorów – uśmiechniętych coachów w za ciasnych marynarkach. Według internetowych mędrców strefa komfortu to takie mroczne więzienie, w którym nic nie rośnie, a Ty gnijesz w marazmie, bo śmiesz lubić swoje przewidywalne życie. Musisz wyjść! Musisz cierpieć! Musisz robić rzeczy, których nienawidzisz, bo tylko tam – w oparach kortyzolu i paniki – czeka na Ciebie mityczny rozwój.

Autonomia po bitwie

Przez lata żyłam w trybie, który mój organizm przez pomyłkę uznał za naturalne środowisko: w trybie permanentnej walki. Kiedy codzienność staje się polem minowym, a dom – zamiast azylem – jest areną zmagań z nieprzychylnością, odrzuceniem i cudzym zranieniem, człowiek zapomina, jak smakuje powietrze pozbawione domieszki lęku. Przez kilka długich lat moja zbroja wrastała w skórę tak głęboko, że zaczęłam ją uważać za integralną część własnego ciała. Reagowałam na każdy szelest, przewidywałam burze i uczyłam się unikać ciosów, których nigdy nie powinnam była otrzymać.

Zdarza się, że człowiek w przypływie desperacji lub chwilowej wiary w lepsze jutro, wyciąga z portfela te skromne, ciężko zarobione pieniądze i inwestuje je w coś, co ma mu uratować resztki zdrowia psychicznego. Tak było tym razem, gdy zachęcona poleceniem Violetty Jankowiak, nabyłam drogą kupna „Teorię Pozwól Im” Mel Robbins. I od razu uprzedzam: ta książka nie odkryła przede mną Ameryki. Nie doznałam nagłego objawienia, po którym zaczęłam lewitować nad biurkiem, a moje problemy zniknęły w oparach różowego dymu. Ale zrobiła coś znacznie ważniejszego — ubrała w słowa to, co intuicyjne czułam od dawna, tylko brakowało mi tupetu, by wprowadzić to w życie na pełnej petardzie i przestać się tłumaczyć z własnego dystansu.

Jeśli na dźwięk słowa „medytacja” przed Twoimi oczami staje obraz instagramowej modelki, która w pełnym makijażu, owinięta w kaszmirowy koc o wartości Twojej dwumiesięcznej pensji, promienieje wewnętrznym blaskiem nad brzegiem oceanu – gratulacje. Właśnie padłaś ofiarą największego marketingowego przekrętu XXI wieku. Bo umówmy się: w realnym świecie medytacja kojarzy się raczej z desperacką próbą niezaśnięcia podczas nudnego dnia albo liczeniem do dziesięciu, gdy rzeczywistość po raz kolejny postanawia przetestować Twoją wytrzymałość na absurd. I tu wchodzi Agnieszka Passendorfer ze swoją książką „Medytacja. Odkryj swój sposób na uspokojenie umysłu i ciała”, która serwuje nam odczarowanie mistycznej mgły. To nie jest kolejny podręcznik o tym, jak lewitować nad biurkiem. To raczej instrukcja obsługi własnej głowy dla ludzi, którzy mają dość szumu – tego w słuchawkach i tego generowanego przez toksyczne otoczenie.

Są takie książki, które trafiają w człowieka dokładnie wtedy, kiedy zaczyna podejrzewać, że joga to może jednak coś więcej niż ładne legginsy, mata z korka i zdjęcia z zachodem słońca na Instagramie. Ścieżka światła. Praktyki jogi królewskiej od podstaw Deepaka Chopry i Sarah Platt-Finger to właśnie taka pozycja — książka, która nie próbuje udawać, że joga jest magicznym zaklęciem na wszystkie życiowe problemy, ale jednocześnie pokazuje, że może być czymś znacznie głębszym niż stretching z YouTube’a. I robi to w sposób przystępny, spokojny i zaskakująco praktyczny, co w świecie duchowych poradników jest rzadkością.

Są takie książki, które pojawiają się dokładnie w tym momencie, kiedy człowiek ma już serdecznie dość słuchania, że „wystarczy nie przejmować się opinią innych” i „po prostu być sobą”. W świecie, w którym hejt jest walutą internetu, a „konstruktywna krytyka” bywa tylko ładniej opakowanym atakiem, hasła o „gruboskórności” i „niebraniu do siebie” brzmią jak tani żart. Na tym tle Mózg odporny na krytykę. Neuronaukowe i psychologiczne metody radzenia sobie z lękiem przed oceną i hejtem Justyny Żejmo wypada jak ktoś, kto wchodzi do pokoju pełnego chaosu, zapala światło, otwiera okno i mówi: „Dobrze, to teraz po kolei”. I robi to bez infantylizowania, bez duchowych banialuków i bez udawania, że wystarczy „zmienić mindset”, żeby przestało boleć.

Luty w tym kraju to nie jest zjawisko atmosferyczne. To zbiorowa amnezja i stan umysłu, w którym każdy płatek śniegu traktowany jest jak atak terrorystyczny na naszą wygodę. Zaczęło się klasycznie: sypało przez bite dwa dni. Solidne, gęste opady, które każdy widział przez okno, a mimo to trzeciego dnia miasto doznało zbiorowego szoku. „Zima zaskoczyła” – ten nagłówek powinien być wpisany do godła, bo zaskakuje nas co roku fakt, że w lutym w Polsce bywa biało.

Stało się. Przekroczyłam magiczną barierę czterdziestu lat na tym padole łez, który czasami, zupełnie przez pomyłkę, bywa też padołem całkiem znośnym. Jeśli ktoś Ci mówi, że czterdziestka to „nowa dwudziestka”, to prawdopodobnie próbuje Ci sprzedać krem pod oczy za trzysta złotych albo tani kołczing o potędze umysłu. Prawda jest taka, że w wieku czterdziestu lat Twoje ciało zaczyna wydawać dźwięki, o których istnieniu nie miałaś pojęcia, a Twoje życie weryfikuje priorytety szybciej niż urząd skarbowy zeznania podatkowe. Czterdziestka to nie jest nowy początek w blasku neonów – to raczej moment, w którym stajesz przed lustrem i mówisz: „No dobra, to jesteśmy my. Co z tym zrobimy?”.

Są książki, które kupujemy z myślą, że „trochę się podszkolę”, a potem okazuje się, że to one szkolą nas bardziej, niż planowaliśmy. Psychologia i życie Philipa Zimbardo i Richarda Gerriga należy dokładnie do tej kategorii. To podręcznik, który od lat krąży po uczelniach, kursach, szkoleniach i półkach ludzi, którzy chcą zrozumieć, dlaczego człowiek robi to, co robi. I choć mogłoby się wydawać, że po tylu latach obecności na rynku niczym już nie zaskoczy, to najnowsze wydanie pokazuje, że klasyki potrafią się starzeć z godnością — a nawet z pewną dozą świeżości.

„Dlaczego zebry nie mają wrzodów” Roberta Sapolsky’ego to niezwykła książka, która głęboko rozkłada na czynniki pierwsze mechanizm stresu u człowieka w porównaniu z innymi gatunkami. To nie jest kolejny poradnik o technikach relaksacyjnych czy o tym, jak nie zwracać uwagi na stresujące sytuacje – to naukowe kompendium, które wyjaśnia, dlaczego nasz organizm reaguje tak, a nie inaczej, i dlaczego równie dobrze moglibyśmy się od nich, czyli od zwierząt, wiele nauczyć.

„Włochy City Break. 27 pomysłów na weekend pełen wrażeń” autorstwa Beaty i Pawła Pomykalskich to przewodnik, który może na pierwszy rzut oka wydawać się typowym dodatkiem do bogatej półki książek podróżniczych. Z pozoru kolejna pozycja, która obiecuje odkrycie Italii, a kończy się na standardowym zwiedzaniu Rzymu czy Wenecji. Jednak im dłużej się w tę publikację zagłębiamy, tym bardziej przekonujemy się, że jest to coś znacznie bardziej wartościowego niż tylko kolejny zbiór turystycznych notatek. Autorzy nie tylko proponują 27 różnorodnych destynacji, ale przede wszystkim zachęcają nas do poznawania Włoch w sposób autentyczny – pełen smaków, zapachów i lokalnych niuansów.

Listopad i ja – duet idealny, o ile przez idealność rozumiemy szarość nieba idealnie dopasowaną do mojego nastroju. Spoglądam w deszczowe okno, które za nic ma nasze plany na słońce, a ja z kolei przytulam się do melancholii, tej ciężkiej, jak nie do końca wysuszona kołdra z zeszłego sezonu. Mówią, że koniec roku przynosi nową energię i zapach świąt, ale u mnie to raczej stała tradycja wylegiwania się w stanie emocjonalnego kryzysu – trochę jak coroczny świąteczny serial, który znam na pamięć, choć wolałabym inaczej.

W społeczeństwie, w którym wszędzie jesteśmy za późno, gdzie gnamy myślami i ciałem do przodu, nie mając chwili na zatrzymanie się choćby na moment, świat pędzi, gnając nas w zakręty, jak szalony. Czy zastanawiałeś się kiedyś, jak ważne jest, by choć raz zatrzymać się i spojrzeć na drugiego człowieka? Bo właśnie to – zwyczajne, codzienne spojrzenie i słowo – potrafią czasem zdziałać cuda. Mówię o tym i myślę coraz częściej, starając się, na miarę swoich możliwości, wprowadzać tę prostą, ale jakże głęboką zasadę w życie.

Wydawało mi się, że rok po rozwodzie i prawie dwa lata po przeprowadzce będę już szczęśliwą singielką o życiu tak ułożonym i stabilnym, jak budżet emeryta na końcu miesiąca. Miało być pięknie – sama na swoim, niezależna, z dziećmi na wakacjach, bez potrzeby niczego więcej niż odrobiny dobrego, życiodajnego bzykanka od czasu do czasu. Takie idealne życie, które sprzedają w reklamach środków uspokajających i abonamentów na Netflixa.

Zaczęło się. Jesienne chłody wtargnęły w moje życie bez zaproszenia, jak nieproszony wujek, któremu zawsze wolno za dużo i nigdy nie rozumie, kiedy przestać. Wyciągnęłam więc moją puchatą kurtkę marki Naoko, ową ikonę modowego absurdu, która kosztowała mnie tyle, że dziś zastanawiam się, czy nie była to inwestycja w akcje bankructwa. Trzeci sezon z rzędu noszę ją z podszewką w stanie agonalnym – dziurawą jak ser szwajcarski, z tym że w tym przypadku dziury skutecznie chłodzą moje plecy. Reklamacja? Po co tracić siły na biurokratyczne szachy, jak można mieć darmową terapię frustracji na zimno? Kocham tę kurtkę, ale ona mnie już nie kocha – to toksyczny związek na ogniu jesieni.

Ciało – ten nieznośny kompan, który nieustannie towarzyszy nam od pierwszego oddechu do ostatniego westchnienia. Jak z nim żyć w zgodzie? Dorota Jędrusik próbuje nam to opowiedzieć w swojej książce „Mądrość ciała”. I robi to tak, jakby znała wszystkie nasze sekrety — począwszy od niecierpliwości bioder, przez buntujące się plecy, aż po ten nieprzewidywalny kaprys hormonów, które czasem prowadzą ciszę nocną do wrzawy poranka. Ale spokojnie, nie jest to zwykły poradnik „jak żyć zdrowo”. To raczej trochę filozoficzna, trochę terapeutyczna, a przede wszystkim szczera opowieść o tym, jak nasze ciała próbują nam coś powiedzieć, choć często ich nie słuchamy.

Zupełnie niespodziewanie, ale jakby zupełnie na czas – do moich rąk trafiła książka Lotty Borg Skoglund „Dzieciństwo, dorastanie i dorosłość kobiet z ADHD. Wyjście z cienia”. I skoro sama niedawno dostałam diagnozę ADHD, lektura tej publikacji okazała się dla mnie niemal katharsis. Poszukiwałam w niej odpowiedzi na pytania, z którymi borykam się od dawna, a które dotąd pozostawały wielką zagadką – rodzajem niewidzialnej mgły, która skutecznie zaciemniała spojrzenie na samego siebie i swoje życie.

Odkąd istnieje świat i rodzicielstwo, towarzyszy nam legenda o nastolatkach, którzy w jednej chwili potrafią być aniołami, a w następnej – żywiołowymi wulkanami emocji i hormonów. Być może sami pamiętamy ten okres jako trudny i pełen sprzeczności, a współczesne pokolenie rodzi reformulację tych doświadczeń – tylko z większą liczbą ekranów i mediów społecznościowych. W tym całym chaosie domowych kłótni, szkolnych dramatów i zagubienia, normalne jest, że rodzice – czasem wycieńczeni – szukają czegoś, co pomoże im zrozumieć, o co tak naprawdę chodzi w mózgu nastolatka i co robić, gdy te grupy neuronów czasem wywołują tornado w domu.

Nie każda książka medyczna potrafi mówić o zdrowiu intymnym kobiet w sposób przystępny, konkretny i bez zbędnego patosu. Ale ta właśnie tak. „Dobrze, że pytasz” to przewodnik, który nie tylko odpowiada na pytania, które wiele z nas boi się zadać, ale przede wszystkim daje poczucie, że wreszcie ktoś mówi do nas po ludzku — bez oceniania, bez zawstydzania, bez medycznego żargonu, który trzeba tłumaczyć z łaciny na codzienność.

Nie każda książka podróżnicza zaczyna się od pytania: „A może by tak gdzieś pojechać… ale bez stresu, bez lotniska, bez tłumów?” — ale ta właśnie tak. „Samochodem na weekend z Polski” to przewodnik dla tych, którzy nie chcą już słuchać znajomych opowiadających o swoich spontanicznych wypadach do Rumunii, tylko sami chcą wreszcie ruszyć w trasę. I najlepiej zrobić to bez konieczności tłumaczenia się komukolwiek.