Gdy słyszy się o kobietach, które latami tkwią w toksycznych, przemocowych lub po prostu głęboko nieszczęśliwych małżeństwach w prowincjonalnych miasteczkach, łatwo unieść brew w geście moralnego oburzenia, bo przecież można spakować walizkę, wziąć rozwód i zacząć wszystko od nowa. Tak, jasne, zwłaszcza jeśli „od nowa” oznacza portfel wypchany pajęczyną i perspektywę spania pod mostem, bo lokalny rynek pracy wita kobiety z otwartymi ramionami, o ile akurat potrzebuje taniej siły roboczej do najprostszych prac fizycznych, gdzie kręgosłup wysiada po pierwszym tygodniu.

Już pod koniec zeszłego roku szkolnego mój trzynastolatek napomknął z lekkim przerażeniem, że on nie wie, co chce robić w życiu i jaką szkołę wybrać. Trochę mnie zmroziło, bo w głowie od razu zapaliła się czerwona lampka: „dziecko ty moje, toć ty dopiero życie zaczynasz, skąd ten ciężar na barkach?”. Oczywiście wyjaśniłam mu to z całą dostępną mi cierpliwością – owszem, wybór szkoły średniej trochę definiuje profil wiedzy na następne trzy do pięciu lat, ale absolutnie nie oznacza to wyroku ani dożywotniej kariery w jednym zawodzie.

Wstaję z łóżka, chociaż miałam już spać. Wzdycham ciężko, bo dobrze wiem, że zmęczenie to jedno, a mózg, który akurat teraz postanawia urządzić sobie całonocną audycję radiową, to zupełnie inna kategoria sportowa. Po dniu pełnym bodźców następuje ta specyficzna, nocna cisza – idealny moment, w którym dociera do mnie, że właśnie urzeczywistniam kolejny krok na przód. Wstaję, zakładam z powrotem „oczy”, boso człapię do kuchni i wstawiam wodę na herbatę. Lato oficjalnie żegna się z nami bez żalu, a jesień zaczyna się od chłodnych wieczorów. Wjeżdża więc gruby szlafrok, najcieplejsze skarpety z zapasów przetrwania i próba ogarnięcia chaosu w głowie.

O mnie

Nazywam się Paulina – tak postanowili rodzice. Dziś jednak wolę, gdy znajomi zwracają się do mnie Paula. Uwielbiam książki, jogę, rękodzieło, a dom dzielę z dwoma synami i kotem. Jedną z moich największych pasji jest... pisanie.

Prowadzenie auta to zajęcie szalenie wdzięczne, o ile akurat nie utknęło się w zderzaku kogoś, kto prawo jazdy wygrał w promocji w markecie. Wymaga to skupienia, precyzyjnej koordynacji ruchów, a przede wszystkim pozwala głowie wreszcie odpocząć od codziennego nadmiaru bodźców, hałasu i wszechobecnej ludzkiej miałkości. Podczas tej czynności pozwalam myślom swobodnie płynąć dokądkolwiek zechcą. W moim życiu od samej wiosny wydarzyło się tyle absurdalnych zwrotów akcji, że czasem autentycznie dziwię się, iż mózg w ogóle nadąża za tym nieustającym, wysokobudżetowym myślotokiem. W nurcie tych wszystkich burzliwych wydarzeń w przestrzeni pojawiły się również osoby ciepłe, empatyczne, gotowe do pomocy. Osoby, które myślą podobnie jak ja, podobnie czują i dokładnie tak samo widzą ten przeklęty, zakłamany świat.

Moja domowa biblioteczka o ADHD puchnie od lat i szczerze mówiąc, stała się już osobnym bytem w tym domu. Zaczęło się od diagnozy Szymona, przeszło przez kolejne etapy rodzinnej wędrówki po gabinetach, setkach godzin spędzonych na edukacji i próbach zrozumienia, dlaczego nasze życie wygląda tak, a nie inaczej, aż w końcu – co było do przewidzenia – trafiło na mnie.

Oto kolejna epokowa chwilia w dziejach polskiego zatrudnienia. Państwo znowu postanowiło nas uratować przed nami samymi, a zwłaszcza przed panem prezesem, panią dyrektor oraz każdym sympatycznym współpracownikiem z sąsiedniego biurka, który od poniedziałku do piątku testuje naszą odporność psychiczną na cotygodniowych naradach o niczym. Bo przecież toksyczna atmosfera to wcale nie monolog despotycznego szefa, ale często elegancka, zespołowa twórczość koleżeńska, gdzie każdy dokłada swoją cegiełkę.

Zacznijmy od technicznych konkretów, bo tu nie ma miejsca na lanie wody. Wszystkie trzy pozycje skonstruowano tak, żeby nawet największy „żółtodziób” nie poległ przy pierwszym oczku. Każda książka to przejrzysta ścieżka: od absolutnych podstaw, przez interpretację symboli, aż po schematy, w których odnajdzie się zarówno początkujący, jak i wyjadacz szukający nowych wariacji.

W naszych szkolnych podręcznikach historia Polski zaczyna się jak niskobudżetowy scenariusz, w którym ktoś nieudolnie próbuje sklecić narrację z resztek przypadkowych skrawków. Wchodzimy w kadr w roku 966, Mieszko wchodzi do basenu, wychodzi – i voilà! – mamy państwo. Cały ten proces formowania się struktur, brutalne wyrzynanie konkurencji i polityczne szachy zamieniono nam na magiczny moment: „cyk, chrzest i gotowe”. Jakby państwowość była produktem w proszku, który wystarczy zalać wrzątkiem, żeby wyrosły nam katedry i administracja.

Z wielkim zainteresowaniem obejrzałam sesję rady miasta z 24 czerwca, podczas której przyznano absolutorium oraz wotum zaufania dla burmistrza. Słuchałam wypowiedzi naszych radnych o gminie, w której – wedle ich słów – niemal płynie mleko i miód. Szczerze mówiąc, faktycznie nie jest źle, choć moją nieustającą solą w oku pozostaje Sztumskie Centrum Kultury – o czym doskonale wiecie i czego pewnie wolelibyście nie słyszeć. Ale, ale, ale...

Przyznaję, że po ostatnich doświadczeniach z literaturą, która zamiast dawać odpowiedzi, serwuje mi „zadania domowe”, podchodziłam do pozycji Nicole J. Sachs „Ciało mówi. Umysł słucha” z ogromnym dystansem. Miałam dosyć analizowania każdego wspomnienia z przedszkola i czułam, że zamiast leczenia otrzymuję zestaw „szufladek” na życie. Jednak ta lektura, choć wymaga od czytelnika sporego zaangażowania, okazała się czymś zupełnie innym niż poprzednie poradniki, które szybko wylądowały w kącie.

Miałam nadzieję na błyskotliwą analizę mechanizmów, które nami rządzą, a dostałam zestaw „zadań domowych” z psychologii w wydaniu, które sprawia, że najchętniej wróciłabym do prasowania, mimo że szczerze nienawidzę tej czynności. Anna Paluszak w swojej książce Suma wszystkich strat (Wydawnictwo Sensus) bierze na warsztat nasze dzieciństwo i próbuje nas przekonać, że to, co nazywamy własnym charakterem, jest w rzeczywistości jedynie sumą wyuczonych strategii przetrwania, które wykształciły się lata temu w odpowiedzi na warunki, w jakich dorastaliśmy.

Ostatnia sesja Rady Miejskiej w Sztumie to materiał na oscarowy scenariusz. Zwołana przez Burmistrza w trybie pilnym, w cieniu biogazowniowej afery, była pierwszą od marca dyskusją, którą udało mi się zaobserwować. Okazuje się, że można rozmawiać, można słuchać i być otwartym – ale w naszym lokalnym wydaniu ten „cud” wydarzył się dopiero wtedy, gdy mieszkańcy narobili takiego rabanu, że słychać go było w ościennych gminach. Burmistrz z przejęciem podkreślał, że jest za rozwojem i nowoczesnością, lecz ta nowoczesność kończy się tam, gdzie zaczyna się problem Sztumskiego Centrum Kultury.

Samorząd to piękna idea. Przynajmniej w teorii, kiedy lokalni liderzy z uśmiechem na twarzach i dłońmi uściśniętymi w geście wyborczego triumfu obiecują, że będą naszym głosem, naszymi oczami i uszami w urzędzie. Że funkcja radnego to misja, ciężka praca i nieustanny dialog z mieszkańcami. Postanowiłam sprawdzić, jak ta „ciężka praca” wygląda w brutalnym starciu z matematyką i dokumentami, które oficjalnie wydał Urząd Miasta i Gminy w Sztumie. Spokojnie, nie ma tu miejsca na domysły czy polityczne złośliwości. Tylko cyfry. Podpisane przez urzędników.

Czytanie poradników dla par to zajęcie równie ryzykowne, co próba zrozumienia instrukcji obsługi piekarnika w obcym języku – niby wszystko jest napisane czarno na białym, ale w praktyce i tak kończy się przypalonym obiadem. Szczerze mówiąc, zazwyczaj unikam tego typu literatury jak ognia. Lektura Bliskości zmusiła mnie jednak do autorefleksji, dlaczego tak właściwie czuję do nich taką niechęć.

No i proszę, obudziliśmy się. Szkoda tylko, że dopiero wtedy, gdy wizja lokalnego piekła zaczęła zaglądać nam bezpośrednio przez okno, a zapach „zielonej transformacji” realnie grozi odcięciem dopływu tlenu. W Czerninie odbyło się spotkanie w sprawie planowanej w Barlewicach biogazowni. Inwestor – firma PAD RES – chce tam wbić w ziemię, bagatela, 80 milionów złotych. Na papierze? Ameryka, a raczej czysta Europa. Moc 3 MW, wkomponowanie w istniejącą już farmę fotowoltaiczną, kosmiczne technologie i, uwaga, od pół miliona do miliona złotych rocznie z podatków do kasy gminy. No żyć nie umierać! Przynajmniej dopóki nie uświadomisz sobie, że ten ekologiczny raj ma przetwarzać 90 tysięcy ton substratu rocznie, co oznacza skromne 18 ciężarówek goniących przez lokalne drogi każdego roboczego dnia.

Siadam w fotelu, który od stycznia stał się moim najlepszym miejscem. Klasyczny uszak z podnóżkiem w pięknej butelkowej zieleni. Ten głęboki odcień materiału działa na mnie magnetycznie – opieram plecy o miękkie oparcie, czując, jak po ciężkim roku walki moje ciało w końcu zaczyna współpracować z grawitacją i odpuszcza nagromadzony stres. Przyciągam do siebie stolik z laptopem, obok stawiam napar z pędów świerku w liliowym kubku. Zapach lasu, żywiczny i lekko cierpki, natychmiast unosi się w powietrzu, mieszając się z ciepłem parującego naczynia. To mały, intymny rytuał powrotu do samej siebie, chwila, w której świat zewnętrzny, z całym swoim chaosem, hałasem i niekończącą się lista spraw do załatwienia, musi po prostu poczekać za zamkniętymi drzwiami.

Współczesne rodzicielstwo przypomina czasem stąpanie po polu minowym, na którym zamiast materiałów wybuchowych rozsypano klocki LEGO, a Ty idziesz boso. W księgarniach półki uginają się od poradników, które obiecują nam dziecięcy spokój i rodzicielską nirwanę w trzy dni. Większość z nich bazuje na teoriach, które brzmią wspaniale w sterylnym gabinecie psychologa, ale rozsypują się w pył w starciu z realną awanturą o to, że kanapka została pokrojona w trójkąty, a nie w kwadraty. Właśnie w ten krajobraz wchodzi Natalia Fedan ze swoją książką „Samoregulacja w praktyce” (Wydawnictwo Sensus, 2019), obiecując nam coś więcej niż tylko mądre sentencje

W świecie, w którym na każdy ból mamy tabletkę z reklamą przedstawiającą uśmiechniętą panią biegającą po łące, książka Izabeli Raczkowskiej „Ciało chore z emocji” uderza jak kubeł lodowatej wody. Autorka, psychoterapeutka z wieloletnim doświadczeniem, bezlitośnie przypomina nam o czymś, o czym w ferworze „dowożenia wyników” i „radzenia sobie z życiem” wolelibyśmy zapomnieć: nasze ciało to kronika wszystkiego, czego nie odważyliśmy się wypowiedzieć na głos

Duchowość to temat, który od paru dobrych lat nie schodzi z afisza, stając się towarem równie chodliwym co rzemieślniczy chleb. W księgarniach zalewają nas tytuły o jodze, medytacji i mitycznym „byciu tu i teraz”, a influencerzy na Instagramie sprzedają nam złote lifehacki na temat afirmacji. Przez ten informacyjny szum większość z nas zaczęła wierzyć, że wystarczy coś wypowiedzieć do lustra, by nabrało mocy i wróciło w najbliższy wtorek z workiem cudów, którymi wykleimy ściany naszego – od tej chwili – szczęśliwego i pełnego dobrobytu domu.

Kiedy stało się jasne, że dyrektor Jankowiak odchodzi, naiwnie uznałam (jak to ja), że merytoryka i profesjonalne podejście do obowiązków powinny być fundamentem każdej rozmowy o przyszłości. Poszłam rozmawiać z wiceburmistrzem i burmistrzem, bo krok wydawał się logiczny – są to osoby nadzorujące działalność Sztumskiego Centrum Kultury. Wtedy jeszcze nie operowałam twardymi danymi o zasięgach, które spłynęły później, ale wiedziałam jedno: wizerunek SCK w sieci zaczął w końcu przypominać standardy XXI wieku, a nie cyfrowy skansen poparty plakatowaniem miasta.

Jeśli marzenie o miejscu, gdzie słońce definiuje rytm dnia, a ocean stanowi nieustanne tło dla kultury barwniejszej niż cokolwiek innego w Europie, ma zostać ubrane w słowa, to „Portugalia. W objęciach oceanu” autorstwa Anny Bittner (Wydawnictwo Poznańskie) jest lekturą obowiązkową. To nie jest kolejny, plastikowy przewodnik, który po trzech rozdziałach zostawia z poczuciem niedosytu. To rzetelna i wciągająca opowieść o kraju balansującym na krawędzi kontynentu, patrzącym z nostalgią w stronę fal. Portugalia to kierunek od dawna zajmujący szczególne miejsce na liście planów podróżniczych, a Anna Bittner jedynie potwierdza, że ta fascynacja jest w pełni uzasadniona.

Wszyscy to znamy. Ten moment, w którym stoisz przed lustrem i z desperacją godną lepszej sprawy recytujesz: „Jestem magnesem na pieniądze”, podczas gdy w portfelu jedynym magnesem jest kurz, a jedyne, co faktycznie przyciągasz, to kolejne wezwania do zapłaty. Brzmi znajomo? Jeśli tak, to witaj w klubie „duchowych turystów”, którzy uwierzyli, że samo klepanie regułek zmieni ich rzeczywistość. Spoiler jest brutalny: nie zmieni. I właśnie o tym, dlaczego tak się dzieje oraz jak to skutecznie naprawić, pisze Joseph Murphy w swojej – już kultowej, ale wciąż zaskakująco świeżej – pozycji „Przebudzona potęga podświadomości. Sztuka afirmacji i techniki zmiany”. Zanim jednak przejdziemy do konkretów, warto ustalić jedno ważne założenie. Jeśli szukasz magicznej różdżki, która zwolni Cię z obowiązku działania, to odłóż tę książkę na półkę i wróć do oglądania filmików z kotami. Murphy nie jest dystrybutorem darmowych biletów do sukcesu. To raczej inżynier umysłu, który pokazuje, że jeśli chcemy realnych zmian, musimy ruszyć tyłek, wspierając się przy tym działaniem Wszechświata, zamiast z nim nieustannie walczyć.

Ciąża i brak środków do życia. Mąż na saksach, nieudana działalność gospodarcza, kolejna ciąża, półtora etatu i „gratis” w postaci przemocy psychicznej – w pracy i w domu. Dwa lata w małżeństwie, które sypie się szybciej niż tynk w starej kamienicy, dzieci i ta urocza domowa atmosfera: wieczne pretensje przeplatane milczeniem serwowanym jako kara. Brzmi jak scenariusz kiepskiego paradokumentu? Niestety, to był mój krajobraz. Gdzieś pomiędzy tym całym chaosem postanowiłam zapisać się na jogę. To był pierwszy krok do zmiany mojego życia, choć wtedy pewnie po prostu szukałam miejsca, gdzie nikt ode mnie nic nie chce. Joga nauczyła mnie uważności na własne ciało i to właśnie tam po raz pierwszy zderzyłam się ze swoim płytkim oddechem. Ktoś by powiedział: „Oddech jak oddech, każdy to robi, dopóki żyje”. No nie do końca.