Historia w proszku, czyli jak (nie)powstała Polska. Recenzja „Korzeni Polski” Przemysława Urbańczyka
W naszych szkolnych podręcznikach historia Polski zaczyna się jak niskobudżetowy scenariusz, w którym ktoś nieudolnie próbuje sklecić narrację z resztek przypadkowych skrawków. Wchodzimy w kadr w roku 966, Mieszko wchodzi do basenu, wychodzi – i voilà! – mamy państwo. Cały ten proces formowania się struktur, brutalne wyrzynanie konkurencji i polityczne szachy zamieniono nam na magiczny moment: „cyk, chrzest i gotowe”. Jakby państwowość była produktem w proszku, który wystarczy zalać wrzątkiem, żeby wyrosły nam katedry i administracja.
