Nie zapuszczam się autem do dużych miast.

Nie zapuszczam się autem do dużych miast. Nie robię tego, bo kierowca ze mnie niedzielny. Poza tym przerażają mnie korki, sto tysięcy pasm drogi, dwupasmowe ronda, skrzyżowania z torami i sfrustrowani, lokalni kierowcy. Po Elblągu jeździłam ostatnio na kursie prawa jazdy.  Kolejny raz się odważyłam, gdy pojechałam z dziećmi na koncert Cezika, potem na tatuaż. Obie wyprawy to żaden wyczyn, ale moja trzecia… Trzecia wyprawa to wyprawa na mediacje około rozwodowe do Elbląskiego Centrum Mediacji, które jest na mapie, ale jak spytać przechodnia to nawet nawigacja nie pomoże.

No to pojechałam. Zaraz po pracy, z odpowiednim zapasem czasowym, bo wiadomo że jak jedziesz gdzieś pierwszy raz to musisz mieć chwilę, by ogarnąć ukształtowanie terenu i lokalizację. A ponieważ godzina spotkania zimowo – wieczorna to oczywistym było, żeby wyjechać wcześniej. Droga była spokojna, a i wbrew moim obawom po Elblągu szybko ogarnęłam, choć stresujące pozostają dla mnie tory tramwajowe. Budynek okazał się szarym, betonowym blokiem, który w ciemności straszył i nie zachęcał do polubownego rozwiązywania sporów. Wnętrze nie wyglądało lepiej, tym większe było moje zdziwienie, gdy Pani Mediatorka zaprosiła mnie do małego saloniku. W oknie schludne firanki, mały stolik, kanapa i trzy fotele, wieszak na kurtki i osobna toaleta. W tym pokoju przyszło mi spędzić prawie godzinę, zanim pojawił się Arek i mogliśmy przejść do rzeczy.

Mediacje. Nigdy nie przyszło mi do głowy, że będę musiała z nich skorzystać. Co do dzieci byliśmy zgodni, tak bardzo że nawet Mediatorka była zaskoczona i miała okazję dać wyraz swojemu zdziwieniu, czym mnie nieziemsko rozbawiła.

– I jak, wg pani? Co pani myśli o tym wszystkim? – spytał A., pewnie kierowany ciekawością, jak wypadamy na tle innych dopalających się małżeństw.

– Nie, no wie pan. Ja już sporo tu widziałam – broni się zaskoczona pani Iza, ale trochę przyciśnięta przez Arka wyznaje nieco skrępowana – Państwo jesteście tak zgodni, że ja w sumie nie wiem, czemu się rozwodzicie! – I naprawdę do teraz nie wiem, czy bardziej rozbawiła mnie ta uwaga czy zmieszana mina Arka… wybuchnęłam głośnym śmiechem, a moja reakcja sprawiła że i pani Iza się roześmiała. To było zabawne. Ironicznie zabawne, że byliśmy tak zgodni co do swoich dzieci, a kompletnie nie mogliśmy się dogadać co do potrzeb i wspólnego życia. I zafundowaliśmy sobie i dzieciom dwa lata męczarni: ja bo liczyłam że Arek zrozumie, Arek bo myślał, że ustąpię. Mediacje i komunikat, że jednak Arek zostaje na mieszkaniu były dla mnie ostatecznym pożegnaniem z tym niemal 17sto letnim rozdziałem życia. Wisienką na torcie rozczarowania, jaki dopieszczaliśmy wspólnie przez ostatnie 24 miesiące.

Do tej pory o mediacjach czytałam gdzieś w sieci, albo na ulotkach. Pojęcie już dawno obiło mi się o uszy: szczątkowe informacje co do tego, że ugoda zawarta przed mediatorem ma moc taką, jak zawarta w sądzie. W zasadzie teorię miałam obcykaną. Przerobiłam też masę stron z pozwami o rozwód bez orzekania o winie, z opieką naprzemienną i tak dalej. Dużo tego było, ale nic nie dało mi takiej wiedzy, jak bezpłatne porady prawne w starostwie i właśnie spotkanie z mediatorem. Przecież nie spotykamy się na co dzień z rozwodami, dzieleniem opieki nad dziećmi i dramatycznymi rozstaniami. Nie zawieramy małżeństw z instrukcją jak żyć w związku i nikt nie daje nam prawnych wskazówek jak z niego się wyplątać. Gdy zaczyna się sypać życie, szukać ratunku musimy sami, a właśnie  dociekliwość i determinacja, czasem także strach mogą pomóc nam dotrzeć do ludzi, którzy podzielą się swoim doświadczeniem uzbrajając nas tym samym w wiedzę. I tak oto, dzięki inwestycji 200 zł stworzyliśmy dokument, który pozwoli nam w miarę bezboleśnie przejść procedurę rozwodową i oszczędzi wiele nieprzyjemnych chwil. A przede wszystkim oszczędzi ich dzieciom, a w tym jesteśmy zgodni. Ostatnia rzecz, jaką zrobiliśmy razem.

Wyjazd z Elbląga był jeszcze łatwiejszy niż wjazd. Emocjonalnie czułam się jednak pokonana, bo wyjeżdżałam ze świadomością, że to ja będę się wyprowadzać z miejsca, w którym mieszkałam ostatnie piętnaście lat. Kolejne, ultra ciężkie wyzwanie zepchnięte na moje barki, bez wahania i bez mrugnięcia okiem. Jestem jednak pewna, że ostatnie. W momencie wyprowadzki przypieczętowałam to, co w głębi duszy wiedziałam już około trzy lata temu. Nigdy już nie będzie tak jak kiedyś. Choć chwilami było naprawdę pięknie.

Ten post ma jeden komentarz

  1. Klaudyna

    Przytulam❤️

Dodaj komentarz