Z wielkim zainteresowaniem obejrzałam sesję rady miasta z 24 czerwca, podczas której przyznano absolutorium oraz wotum zaufania dla burmistrza. Słuchałam wypowiedzi naszych radnych o gminie, w której – wedle ich słów – niemal płynie mleko i miód. Szczerze mówiąc, faktycznie nie jest źle, choć moją nieustającą solą w oku pozostaje Sztumskie Centrum Kultury – o czym doskonale wiecie i czego pewnie wolelibyście nie słyszeć. Ale, ale, ale...
Kiedy samorząd łaskawie raczy wysłuchać – analiza jednej sesji
Ostatnia sesja Rady Miejskiej w Sztumie to materiał na oscarowy scenariusz. Zwołana przez Burmistrza w trybie pilnym, w cieniu biogazowniowej afery, była pierwszą od marca dyskusją, którą udało mi się zaobserwować. Okazuje się, że można rozmawiać, można słuchać i być otwartym – ale w naszym lokalnym wydaniu ten „cud” wydarzył się dopiero wtedy, gdy mieszkańcy narobili takiego rabanu, że słychać go było w ościennych gminach. Burmistrz z przejęciem podkreślał, że jest za rozwojem i nowoczesnością, lecz ta nowoczesność kończy się tam, gdzie zaczyna się problem Sztumskiego Centrum Kultury.
Pół miliona złotych za trzy wnioski. Oficjalny bilans sztumskiej rady
Samorząd to piękna idea. Przynajmniej w teorii, kiedy lokalni liderzy z uśmiechem na twarzach i dłońmi uściśniętymi w geście wyborczego triumfu obiecują, że będą naszym głosem, naszymi oczami i uszami w urzędzie. Że funkcja radnego to misja, ciężka praca i nieustanny dialog z mieszkańcami. Postanowiłam sprawdzić, jak ta „ciężka praca” wygląda w brutalnym starciu z matematyką i dokumentami, które oficjalnie wydał Urząd Miasta i Gminy w Sztumie. Spokojnie, nie ma tu miejsca na domysły czy polityczne złośliwości. Tylko cyfry. Podpisane przez urzędników.
No i proszę, obudziliśmy się. Szkoda tylko, że dopiero wtedy, gdy wizja lokalnego piekła zaczęła zaglądać nam bezpośrednio przez okno, a zapach „zielonej transformacji” realnie grozi odcięciem dopływu tlenu. W Czerninie odbyło się spotkanie w sprawie planowanej w Barlewicach biogazowni. Inwestor – firma PAD RES – chce tam wbić w ziemię, bagatela, 80 milionów złotych. Na papierze? Ameryka, a raczej czysta Europa. Moc 3 MW, wkomponowanie w istniejącą już farmę fotowoltaiczną, kosmiczne technologie i, uwaga, od pół miliona do miliona złotych rocznie z podatków do kasy gminy. No żyć nie umierać! Przynajmniej dopóki nie uświadomisz sobie, że ten ekologiczny raj ma przetwarzać 90 tysięcy ton substratu rocznie, co oznacza skromne 18 ciężarówek goniących przez lokalne drogi każdego roboczego dnia.
Śniadanie w kubku, anioł w czarnej szacie i myśli ratunkowe
Siadam w fotelu, który od stycznia stał się moim najlepszym miejscem. Klasyczny uszak z podnóżkiem w pięknej butelkowej zieleni. Ten głęboki odcień materiału działa na mnie magnetycznie – opieram plecy o miękkie oparcie, czując, jak po ciężkim roku walki moje ciało w końcu zaczyna współpracować z grawitacją i odpuszcza nagromadzony stres. Przyciągam do siebie stolik z laptopem, obok stawiam napar z pędów świerku w liliowym kubku. Zapach lasu, żywiczny i lekko cierpki, natychmiast unosi się w powietrzu, mieszając się z ciepłem parującego naczynia. To mały, intymny rytuał powrotu do samej siebie, chwila, w której świat zewnętrzny, z całym swoim chaosem, hałasem i niekończącą się lista spraw do załatwienia, musi po prostu poczekać za zamkniętymi drzwiami.
Kiedy stało się jasne, że dyrektor Jankowiak odchodzi, naiwnie uznałam (jak to ja), że merytoryka i profesjonalne podejście do obowiązków powinny być fundamentem każdej rozmowy o przyszłości. Poszłam rozmawiać z wiceburmistrzem i burmistrzem, bo krok wydawał się logiczny – są to osoby nadzorujące działalność Sztumskiego Centrum Kultury. Wtedy jeszcze nie operowałam twardymi danymi o zasięgach, które spłynęły później, ale wiedziałam jedno: wizerunek SCK w sieci zaczął w końcu przypominać standardy XXI wieku, a nie cyfrowy skansen poparty plakatowaniem miasta.
Oddech na kredyt, czyli jak przestać dusić się we własnym ciele
Ciąża i brak środków do życia. Mąż na saksach, nieudana działalność gospodarcza, kolejna ciąża, półtora etatu i „gratis” w postaci przemocy psychicznej – w pracy i w domu. Dwa lata w małżeństwie, które sypie się szybciej niż tynk w starej kamienicy, dzieci i ta urocza domowa atmosfera: wieczne pretensje przeplatane milczeniem serwowanym jako kara. Brzmi jak scenariusz kiepskiego paradokumentu? Niestety, to był mój krajobraz. Gdzieś pomiędzy tym całym chaosem postanowiłam zapisać się na jogę. To był pierwszy krok do zmiany mojego życia, choć wtedy pewnie po prostu szukałam miejsca, gdzie nikt ode mnie nic nie chce. Joga nauczyła mnie uważności na własne ciało i to właśnie tam po raz pierwszy zderzyłam się ze swoim płytkim oddechem. Ktoś by powiedział: „Oddech jak oddech, każdy to robi, dopóki żyje”. No nie do końca.
Daniel Odija i wielkie wietrzenie narodowej szafy: dlaczego siła kobiet wciąż nas dziwi?
Zawsze ceniłam ludzi z pasją, a już na pewno takich, którzy potrafią dostrzec kobietę i jej siłę bez konieczności sprawdzania, czy aby na pewno ma dobrze zawiązany fartuszek i czy obiad nie przywiera do garnka. Szukając literackich warsztatów, wpadłam na ofertę Daniela Odiji i jego wykład o zniezwykłych kobietach. I wiecie co? To było jak otwarcie okna w pokoju, w którym od dwustu lat nikt nie zmieniał pościeli, bo przecież „tradycja pachnie najlepiej”. Historia naszego kraju jest nam niby znana – a przynajmniej ta jej wersja, w której panowie w kontuszach albo mundurach prężą muskuły, a my w tle parzymy im herbatę i haftujemy sztandary. Okazuje się jednak, że spora część tej opowieści została zwyczajnie przemilczana, bo komuby tam było na rękę przyznać, że narodowe pomniki mają płeć, która niekoniecznie pasuje do stereotypu „matki Polki” czekającej na progu z naręczem bzów.
Szeptucha, która milczy najgłośniej
Zaczęło się od przypadku w skansenie we Wdzydzach Kiszewskich – wiecie, między chatą krytą strzechą a zapachem starego drewna łatwo o romantyzację przeszłości. Ale kiedy ta sama historia dopada cię w sterylnej sali widowiskowej Sztumskiego Centrum Kultury, wiesz już, że to nie kwestia scenografii. To kwestia prawdy, która uwiera jak kamień w bucie, którego nie wypada zdjąć przy ludziach. „Opowieści wiejskich dziewuch” to nie jest grzeczny wieczorek z folklorem, to wiwisekcja losu kobiet z XIX-wiecznej wsi, podana nam prosto w twarz przez ówczesną Szpetuchę.
Kompulsywne objadanie się pod lupą teorii: recenzja książki, która załagodzi Twoje wyrzuty sumienia, ale nie zmieni nawyków
Początek marca wcale nie nastraja do bycia dla siebie miłą, zwłaszcza gdy za oknem aura przypomina rozmokłą bułę, a w głowie kotłuje się milion myśli na sekundę, bo przecież ADHD nie zna pojęcia „cisza nocna” ani „spokojny posiłek”. Kiedy brałam do ręki książkę Paprockiej o kompulsywnym objadaniu się, miałam nadzieję, że to będzie ta chwila, w której ktoś poda mi konkretny klucz do szafki ze słodyczami, którą sama przed sobą zamykam na kłódkę, a potem w amoku rozbijam ją siekierą. Niestety, lektura ta zostawiła mnie z poczuciem, że właśnie zjadłam ryżowy wafel – niby coś w ustach było, niby objętość się zgadza, ale w środku dalej wieje pustką.
Toksyczny mit wyjścia ze strefy komfortu
Gdybym dostawała złotówkę za każdym razem, gdy scrollując feed widzę wezwanie do „opuszczenia strefy komfortu”, prawdopodobnie pisałabym ten tekst z własnej wyspy na Pacyfiku, a nie z poziomu kanapy, która jest – o zgrozo – bardzo komfortowa. To sformułowanie stało się współczesnym biczem na czarownice, tyle że zamiast stosów mamy wypalenie zawodowe, a zamiast inkwizytorów – uśmiechniętych coachów w za ciasnych marynarkach. Według internetowych mędrców strefa komfortu to takie mroczne więzienie, w którym nic nie rośnie, a Ty gnijesz w marazmie, bo śmiesz lubić swoje przewidywalne życie. Musisz wyjść! Musisz cierpieć! Musisz robić rzeczy, których nienawidzisz, bo tylko tam – w oparach kortyzolu i paniki – czeka na Ciebie mityczny rozwój.
Autonomia po bitwie
Przez lata żyłam w trybie, który mój organizm przez pomyłkę uznał za naturalne środowisko: w trybie permanentnej walki. Kiedy codzienność staje się polem minowym, a dom – zamiast azylem – jest areną zmagań z nieprzychylnością, odrzuceniem i cudzym zranieniem, człowiek zapomina, jak smakuje powietrze pozbawione domieszki lęku. Przez kilka długich lat moja zbroja wrastała w skórę tak głęboko, że zaczęłam ją uważać za integralną część własnego ciała. Reagowałam na każdy szelest, przewidywałam burze i uczyłam się unikać ciosów, których nigdy nie powinnam była otrzymać.
Polska pod śniegiem, czyli naród wspaniały, tylko sprzątać nie ma komu.
Luty w tym kraju to nie jest zjawisko atmosferyczne. To zbiorowa amnezja i stan umysłu, w którym każdy płatek śniegu traktowany jest jak atak terrorystyczny na naszą wygodę. Zaczęło się klasycznie: sypało przez bite dwa dni. Solidne, gęste opady, które każdy widział przez okno, a mimo to trzeciego dnia miasto doznało zbiorowego szoku. „Zima zaskoczyła” – ten nagłówek powinien być wpisany do godła, bo zaskakuje nas co roku fakt, że w lutym w Polsce bywa biało.
Zanzibar w sercu, sól w oczach i 18 świeczek na torcie
Stało się. Przekroczyłam magiczną barierę czterdziestu lat na tym padole łez, który czasami, zupełnie przez pomyłkę, bywa też padołem całkiem znośnym. Jeśli ktoś Ci mówi, że czterdziestka to „nowa dwudziestka”, to prawdopodobnie próbuje Ci sprzedać krem pod oczy za trzysta złotych albo tani kołczing o potędze umysłu. Prawda jest taka, że w wieku czterdziestu lat Twoje ciało zaczyna wydawać dźwięki, o których istnieniu nie miałaś pojęcia, a Twoje życie weryfikuje priorytety szybciej niż urząd skarbowy zeznania podatkowe. Czterdziestka to nie jest nowy początek w blasku neonów – to raczej moment, w którym stajesz przed lustrem i mówisz: „No dobra, to jesteśmy my. Co z tym zrobimy?”.
Zebra ucieka, my analizujemy: o stresie po ludzku
„Dlaczego zebry nie mają wrzodów” Roberta Sapolsky’ego to niezwykła książka, która głęboko rozkłada na czynniki pierwsze mechanizm stresu u człowieka w porównaniu z innymi gatunkami. To nie jest kolejny poradnik o technikach relaksacyjnych czy o tym, jak nie zwracać uwagi na stresujące sytuacje – to naukowe kompendium, które wyjaśnia, dlaczego nasz organizm reaguje tak, a nie inaczej, i dlaczego równie dobrze moglibyśmy się od nich, czyli od zwierząt, wiele nauczyć.
Weekend pełen wrażeń we Włoszech – recenzja „Włochy City Break”
„Włochy City Break. 27 pomysłów na weekend pełen wrażeń” autorstwa Beaty i Pawła Pomykalskich to przewodnik, który może na pierwszy rzut oka wydawać się typowym dodatkiem do bogatej półki książek podróżniczych. Z pozoru kolejna pozycja, która obiecuje odkrycie Italii, a kończy się na standardowym zwiedzaniu Rzymu czy Wenecji. Jednak im dłużej się w tę publikację zagłębiamy, tym bardziej przekonujemy się, że jest to coś znacznie bardziej wartościowego niż tylko kolejny zbiór turystycznych notatek. Autorzy nie tylko proponują 27 różnorodnych destynacji, ale przede wszystkim zachęcają nas do poznawania Włoch w sposób autentyczny – pełen smaków, zapachów i lokalnych niuansów.
Kalendarz listopadowych wzlotów i upadków
Listopad i ja – duet idealny, o ile przez idealność rozumiemy szarość nieba idealnie dopasowaną do mojego nastroju. Spoglądam w deszczowe okno, które za nic ma nasze plany na słońce, a ja z kolei przytulam się do melancholii, tej ciężkiej, jak nie do końca wysuszona kołdra z zeszłego sezonu. Mówią, że koniec roku przynosi nową energię i zapach świąt, ale u mnie to raczej stała tradycja wylegiwania się w stanie emocjonalnego kryzysu – trochę jak coroczny świąteczny serial, który znam na pamięć, choć wolałabym inaczej.
Głos seniora – siła, której potrzebuje społeczeństwo
W społeczeństwie, w którym wszędzie jesteśmy za późno, gdzie gnamy myślami i ciałem do przodu, nie mając chwili na zatrzymanie się choćby na moment, świat pędzi, gnając nas w zakręty, jak szalony. Czy zastanawiałeś się kiedyś, jak ważne jest, by choć raz zatrzymać się i spojrzeć na drugiego człowieka? Bo właśnie to – zwyczajne, codzienne spojrzenie i słowo – potrafią czasem zdziałać cuda. Mówię o tym i myślę coraz częściej, starając się, na miarę swoich możliwości, wprowadzać tę prostą, ale jakże głęboką zasadę w życie.
Życie singielki po rozwodzie: dramat, humor i jedna pensja na całą rodzinę
Wydawało mi się, że rok po rozwodzie i prawie dwa lata po przeprowadzce będę już szczęśliwą singielką o życiu tak ułożonym i stabilnym, jak budżet emeryta na końcu miesiąca. Miało być pięknie – sama na swoim, niezależna, z dziećmi na wakacjach, bez potrzeby niczego więcej niż odrobiny dobrego, życiodajnego bzykanka od czasu do czasu. Takie idealne życie, które sprzedają w reklamach środków uspokajających i abonamentów na Netflixa.
Katar, chusteczki i Kapelusznik – moje jesienne życie w trybie survivalu
Zaczęło się. Jesienne chłody wtargnęły w moje życie bez zaproszenia, jak nieproszony wujek, któremu zawsze wolno za dużo i nigdy nie rozumie, kiedy przestać. Wyciągnęłam więc moją puchatą kurtkę marki Naoko, ową ikonę modowego absurdu, która kosztowała mnie tyle, że dziś zastanawiam się, czy nie była to inwestycja w akcje bankructwa. Trzeci sezon z rzędu noszę ją z podszewką w stanie agonalnym – dziurawą jak ser szwajcarski, z tym że w tym przypadku dziury skutecznie chłodzą moje plecy. Reklamacja? Po co tracić siły na biurokratyczne szachy, jak można mieć darmową terapię frustracji na zimno? Kocham tę kurtkę, ale ona mnie już nie kocha – to toksyczny związek na ogniu jesieni.