Wstaję z łóżka, chociaż miałam już spać. Wzdycham ciężko, bo dobrze wiem, że zmęczenie to jedno, a mózg, który akurat teraz postanawia urządzić sobie całonocną audycję radiową, to zupełnie inna kategoria sportowa. Po dniu pełnym bodźców następuje ta specyficzna, nocna cisza – idealny moment, w którym dociera do mnie, że właśnie urzeczywistniam kolejny krok na przód. Wstaję, zakładam z powrotem „oczy”, boso człapię do kuchni i wstawiam wodę na herbatę. Lato oficjalnie żegna się z nami bez żalu, a jesień zaczyna się od chłodnych wieczorów. Wjeżdża więc gruby szlafrok, najcieplejsze skarpety z zapasów przetrwania i próba ogarnięcia chaosu w głowie.
Ten potok myśli to zresztą rzadko kiedy tylko to, co czeka mnie jutro. Często to echa rozmów na WhatsAppie, gdzie dziewczyny – te moje mądre, poturbowane przez życie dziewczyny – wrzucą temat, który otwiera drzwi do dziesiątek zamkniętych wcześniej pokoi. Rozmawiamy o samotności, o tej cholernej kobiecej sile, o drodze, którą każda z nas musiała przebyć, i o tym, o co właściwie prosimy Stwórcę, a co dostajemy, gdy wcale nie prosiliśmy. Bo najczęściej otrzymujemy lekcję pokory, zapakowaną w papier bez kokardy, za to z ostrymi krawędziami.
Coraz częściej otaczają mnie silne kobiety. Takie, które nawet w najgłębszym bagnie potrafią dostrzec coś dla siebie i wyciągnąć z tego lekcję, zamiast tylko rozpaczać nad zalanym dywanem. Otwartość, siła i konsekwencja nie biorą się jednak znikąd. Nie spadają na człowieka w prezencie od losu, jak wygrana w taniej loterii. To jest wieloletnia, krwawica na wielu poziomach, codzienne poszerzanie świadomości i bolesne odzieranie się ze złudzeń. To umiejętność dostrzegania szansy tam, gdzie inni widzą tylko betonową ścianę. Ale żeby dojść do tego punktu, trzeba najpierw zaliczyć serię spektakularnych rozczarowań, dostać w kość i stoczyć kilka rund w narożniku – często zupełnie samotnie, do utraty tchu, z krwią w ustach i bez żadnego sędziego, który przerwałby nierówną walkę.
Siedzę teraz przed komputerem. Palce biegają po klawiaturze, w kubku paruje ciemny, esencjonalny napar, a w głowie kołacze mi się jedna, absolutnie bezwzględna prawda: żadna z silnych kobiet nie chciała taka być. No bo spójrzmy prawdzie w oczy – czy ktoś o zdrowych zmysłach marzy o tym, żeby od najmłodszych lat hartować się w piekle? Czy mała dziewczynka zasypia z marzeniem: „Ach, kiedy dorosnę, chcę być samowystarczalną fortecą, przed którą wszyscy schodzą z drogi, bo wolę sama nosić ciężary, niż liczyć na cokolwiek od kogokolwiek”? Nie. Małe dziewczynki marzą o zamkach i księżniczkowaniu, o tym, żeby ktoś o nie zadbał, potrzymał za rękę i uchronił przed światem, który bywa brutalny jak zardzewiała żyletka.
Psychologia zresztą od dawna potwierdza to, co wiemy z autopsji. Badania nad tzw. prężnością psychiczną (resilience) oraz mechanizmami adaptacyjnymi pokazują, że choć potrafimy podnosić się z gruzów (growth through adversity), ta „sprężystość” rzadko jest darem od losu – częściej jest odpowiedzią na przewlekły stres. Zgodnie z koncepcją obciążenia allostatycznego (allostatic load), czyli biologicznym kosztem, jaki organizm ponosi w wyniku ciągłego trzymania gardy, permanentne bycie „silną” zbiera realne żniwo w ciele. Kortyzol nie pyta, czy masz czas na regenerację, a psychologowie społeczni od lat alarmują o zjawisku ukrytego wyczerpania: otoczenie zakłada, że skoro dajesz radę, to znaczy, że nie potrzebujesz ani tlenu, ani taryfy ulgowej.
Siła, o której dzisiaj tak chętnie piszą w kolorowych magazynach i na Instagramie, rzucając hasłami o „girlbossach”, wcale nie jest żadnym modnym dodatkiem do jesiennego płaszcza. To jest pancerz, który przecież wkłada się tylko wtedy, kiedy wokół strzelają. Gdyby nie te wszystkie małe i duże katastrofy, zdrady, toksyczne układy, zawodzenia najbliższych i momenty, w których człowiek musiał podnosić się z podłogi sam, bo nie było nikogo innego – z przyjemnością biegłybyśmy teraz przez łąki w zwiewnych sukienkach, martwiąc się co najwyżej tym, czy kawa nie jest zbyt gorąca.
Oczywiście, nikt nie zapytał siłaczek, czy one w ogóle chciały nosić ten plecak pełen kamieni. Łatwiej jest podziwiać efekt końcowy – tę gotowość do działania, opanowanie w kryzysie, cyniczny uśmiech w obliczu kolejnej urzędowej czy życiowej bzdury – niż pomyśleć o kosztach własnych. A te są gigantyczne. To bezsenne noce, takie jak ta dzisiejsza. To zmęczenie materiału, które osadza się w kościach głębiej niż jakikolwiek jesienny chłód. To rezygnacja z iluzji, że ktoś przyjdzie i uratuje nas przed nami samymi.
Dziś wiem, że każda z nas ma w sobie taką opowieść o przetrwaniu, o której nigdy nie chciałaby opowiadać. Bo wolałaby, żeby jej życie potoczyło się gładko, bez zakrętów, bez konieczności stawania się skałą. Ale skoro już przyszło nam nosić ten pancerz, to przynajmniej wiemy, ile jesteśmy warte.
Więc kiedy słyszę: „Ależ ty jesteś silna!”, gdzieś w środku zapala się ta mała, ironiczna lampka. Bo wiem doskonale, że w gruncie rzeczy to podziw dla pamiątkowej i głębokiej blizny po bitwie, której wcale nie chciałaś staczać. Ale skoro już przyszło ci w niej uczestniczyć – to przynajmniej wygrałaś. Nikt nie wręcza nam medali za to, że po raz setny wstałyśmy z kolan; dostajemy co najwyżej kolejny dzień, w którym trzeba udowodnić, że pancerz wciąż pasuje i trzyma nas w pionie.
Dopijam ten gorzki napar, spoglądam w okno na ciemny ogródek i zastanawiam się, czy dziś w końcu zasnę. Miałam spać już o 21, a zegarek wskazuje 23. Czuję, jak powoli tabletka zaczyna działać, więc szansa na sen wzrasta. Uśmiecham się, bo w gruncie rzeczy to całkiem zabawne, że do bycia niezniszczalną potrzebujemy chemii z apteki i świętego spokoju, a cały ten mit niezłomności można włożyć między bajki, kiedy gasną światła, a w głowie zostajesz tylko ty i twój własny, zmęczony hałas. Jutro znowu będziemy twarde. Ale dziś niech chociaż farmakologia zrobi to, czego nie potrafił nikt inny.
