W imadle oczekiwań, czyli o tym, jak od pierwszego września robimy z dzieci pacjentów

Już pod koniec zeszłego roku szkolnego mój trzynastolatek napomknął z lekkim przerażeniem, że on nie wie, co chce robić w życiu i jaką szkołę wybrać. Trochę mnie zmroziło, bo w głowie od razu zapaliła się czerwona lampka: „dziecko ty moje, toć ty dopiero życie zaczynasz, skąd ten ciężar na barkach?”. Oczywiście wyjaśniłam mu to z całą dostępną mi cierpliwością – owszem, wybór szkoły średniej trochę definiuje profil wiedzy na następne trzy do pięciu lat, ale absolutnie nie oznacza to wyroku ani dożywotniej kariery w jednym zawodzie. Zaczęłam potem układać te kropki w głowie, zdając sobie sprawę, że mój adhdowiec chłonie i odczuwa emocje o wiele intensywniej niż jego rówieśnicy, a skądś to poczucie konieczności natychmiastowego samookreślenia musiał wziąć.

Temat na szczęście rozmył się w trakcie wakacji, bo dwumiesięczny luz uderzył nam wszystkim do głowy z całą mocą. Kilka krótkich wyjazdów, leniwe poranki bez patrzenia na budzik, zapach nagrzanych sosnowych lasów, piasek pod stopami, plaża i woda. Cudowny, święty spokój. Aż w końcu dopadł nas nieuchronny pierwszy września. Zeszyty skompletowane na ostatnią chwilę, uzupełnione zapasy dresów i skarpetek, powolne grzebanie w szafach w poszukiwaniu jesienno-zimowej garderoby. Odświeżone, pachnące chińskim plastikiem piórniki. Siódma klasa.

Pogoda na szczęście dopasowała się do nastrojów i dopisała na oficjalnym apelu. Spotkanie całej szkoły na boisku miało specyficzny posmak – główny budynek szkolny od wiosny tonie w chaotycznym remoncie, bo trwa w najlepsze wielka termomodernizacja za czternaście milionów złotych. Wokół zapach świeżej zaprawy i gruzu, a w tle standardowe, wygładzone przemówienie pani dyrektor. Najpierw tradycyjny powitalny uśmiech do młodszych roczników, przypomnienie, że rodzice muszą z dziećmi rozmawiać, bo „dialog jest kluczem do sukcesu”… a potem nagle zwrot akcji i mrożące krew w żyłach słowa skierowane bezpośrednio do ósmoklasistów. Że oto stają na progu nowej drogi, że tegoroczne egzaminy zaważą na ich losie, że muszą się spiąć… bla, bla, bla. Stare, dobrze znane pieśni liturgiczne polskiej oświaty.

Kiedy wróciliśmy do domu po tym całym cyrku, Szymi znowu zaczął mówić z autentycznym przejęciem, że on naprawdę nie ma pojęcia, do jakiej szkoły ma pójść ani kim chce być w przyszłości. I muszę się w tym miejscu uderzyć w pierś – po prostu się odpaliłam, a ciśnienie skoczyło mi do niebezpiecznych wartości. Wiem doskonale, że to nie było modelowo wychowawcze zachowanie świadomej matki, ale w sekundzie puściły mi wszelkie hamulce. Zaczęłam mu tłumaczyć z przejęciem, że tak, to będzie nowa szkoła, tak, trzeba będzie zdać egzaminy i fajnie by było napisać je na przyzwoitym poziomie, ale to cholerne zaświadczenie nie definiuje jego wartości ani dalszego losu. Tłumaczyłam, że może pójść na przykład do klasy o profilu biologiczno-chemicznym, a po trzech miesiącach albo trzech latach stwierdzić z ulgą, że nienawidzi chemii i chce robić coś zupełnie innego. Czy to jest porażka? Skądże, to jest święty znak, że wreszcie odkrył, czego w życiu robić nie chce! Bo na tym właśnie polega uczenie się świata, a nie na bezbłędnym strzelaniu w klucz ministerialnych oczekiwań.

Nawet teraz, kiedy przelewam te myśli na papier, czuję w żołądku tę samą gęstą, pulsującą złość. Złość na to, że na dzieciaki wiesza się ten psychiczny plecak już od pierwszych sekund przekroczenia progu szkoły. Patrzyłam na tych czternastolatków stłoczonych na boisku i autentycznie robiło mi się ich żal. Od dwóch lat ci młodzi ludzie żyją w trybie nieustającego pogotowia edukacyjnego, z którym dorośli nie potrafią sobie poradzić. Jakby samo przebywanie w grupie nastolatków, którzy przechodzą przez piekło burzy hormonów, trądziku, pierwszych miłosnych katastrof i codziennej złośliwości, było niewystarczającym wyzwaniem. Warto przy tym przypomnieć, jak wygląda ta sielankowa integracja od podszewki – przypomniała mi się chociażby ubiegłoroczna historia Oskiego, kiedy to już od pierwszych dni w nowej szkole (pierwszoklasista) koledzy z klasy wyzywali go od rudych. Ot tak, na rozgrzewkę, żeby gówniarz przypadkiem nie poczuł się zbyt pewnie w tym „bezpiecznym” środowisku.

Bezpiecznik Pauli: No bo przecież publiczne wyzywanie od rudych na wrześniowym boisku to doskonały trening hartu ducha przed bezdusznym rynkiem pracy. System edukacji funduje im survival psychiczny pod płaszczykiem reform, a potem urzędnicy drapią się po głowach ze zdziwieniem, dlaczego dzieciaki wolą zamknąć się w pokoju z telefonem, niż z zachwytem dyskutować o romantycznych uniesieniach Mickiewicza.

Bo przecież najważniejsze, żeby szkoła miała wyniki. Żeby dyrekcja mogła pochwalić się wykresami w kuratorium. Żeby nauczyciele wyrobili normę podstawy programowej. A czternastolatki i trzynastolatki? One muszą już teraz, w wieku kilkunastu lat, zaprogramować swoją ścieżkę kariery jak korporacyjne roboty. Wkłada się im do głowy te toksyczne bzdury o „byciu kimś”, dokłada się do tego bezlitosną presję rówieśniczą, algorytmy social mediów – i voilà, gotowy kryzys psychiczny w eleganckim, szkolnym opakowaniu. I potem wielkie zdziwienie w mediach, że zdrowie psychiczne najmłodszych leży w gruzach, że psychiatria dziecięca w Polsce od lat dogorywa na kroplówce, podczas gdy my sami stworzyliśmy system, w którym liczą się wyłącznie cyferki, arkusze kalkulacyjne i punkty rekrutacyjne. A człowiek? Człowiek nikogo nie obchodzi. Jestem wściekła.

Ta wściekłość nie bierze się z próżni, bo polska oświata od dekad przypomina dysfunkcyjny poligon doświadczalny, w którym najmniej do powiedzenia ma ten, którego to dotyczy bezpośrednio – uczeń. Zamiast budować przestrzeń do bezpiecznego błądzenia, do testowania swoich pasji, do potykania się i wstawania, fundujemy im fabrykę przewlekłego stresu. Każdy sprawdzian, każda ocena z marginesu urasta tam do rangi moralnego wyroku o byciu albo niebyciu. Nic dziwnego, że krajowe gabinety psychologiczne pękają w szwach, a statystyki dotyczące zaburzeń lękowych u nastolatków przyprawiają o zawrót głowy.

Psychiczny punkt krytyczny – co mówią twarde dane i raporty?

  • Tragiczny bilans depresyjny: Z aktualnych badań oraz raportów instytucjonalnych (m.in. Fundacji Dajemy Dzieciom Siłę i analiz środowisk medycznych) wynika, że blisko 30% polskich nastolatków regularnie doświadcza poważnych objawów depresyjnych, a co drugie dziecko funkcjonuje w stanie przewlekłego obciążenia emocjonalnego.
  • Eskalacja interwencji kryzysowych: Statystyki z ostatnich lat pokazują dramatyczny skok – liczba pilnych interwencji ratujących zdrowie i życie w ramach specjalistycznych telefonów zaufania dla młodzieży wzrosła w skali roku o kilkadziesiąt procent, co potwierdza, że system pęka w szwach (dane FDDS).
  • Szkoła jako główne źródło toksycznego stresu: Badania opinii społecznej i analizy Instytutu Badań Edukacyjnych (IBE) oraz Rzecznik Praw Dziecka nie pozostawiają złudzeń: aż 7 na 10 dzieci wskazuje szkołę i związany z nią rygor edukacyjny jako najpoważniejsze źródło destrukcyjnego stresu w ich życiu. Tymczasem problem ten wciąż jest marginalizowany przez kadrę pedagogiczną.
  • Luka w systemowej pomocy: Ponad 40% dzieci zmagających się z wyraźnymi kryzysami psychicznymi nigdy nie trafiło do gabinetu specjalisty, często dlatego, że dorośli w porę „nie zauważyli potrzeby” lub zbagatelizowali problem, uznając go za zwykłe kaprysy dojrzewania.

Kiedy patrzę na mojego syna, na tego małego adhdowca, który przeżywa każdy impuls z dziesięciokrotną siłą, a jednocześnie wmawia mu się z każdej strony, że „od tej szkoły zależy cała twoja przyszłość”, mam autentyczną ochotę wysadzić ten anachroniczny system w powietrze. Dziecko nie jest obligacją Skarbu Państwa ani słupkiem w excelowskim raporcie kuratoryjnym. Dziecko to żywy, czujący człowiek, który ma pełne, nienaruszalne prawo nie wiedzieć, kim chce być w wieku czternastu lat. Co więcej, ma święte prawo zmienić zdanie pięćdziesiąt razy, poplątać ścieżki, rzucić jedne studia i zacząć drugie albo nie pójść na żadne.

Tymczasem uparcie wtłaczamy te młode głowy w gipsowe gorsety oczekiwanego sukcesu, karmimy je mitem natychmiastowej kariery i toksycznej perfekcji. A kiedy pod naporem tej presji psychicznej ich mechanizmy obronne w końcu pękają, dorośli rozkładają bezradnie ręce i gaworzą o „współczesnej delikatnej młodzieży”. Nie ma żadnego kryzysu pokoleniowego – jest potężny, wieloletni kryzys instytucjonalny. Kryzys, w którym wygodniej jest wymagać od dzieciaków cyborgicznej wydajności, niż wziąć na siebie dorosłą odpowiedzialność za stworzenie świata wolnego od przemocy, hejtu, bezdusznego oceniania i durnego wyścigu szczurów zapraszanego do szkół już od progu pierwszej klasy.

Źródła, raporty i opracowania:

  1. Raporty roczne oraz dane statystyczne Fundacji Dajemy Dzieciom Siłę (FDDS) dotyczące interwencji kryzysowych i zdrowia psychicznego młodzieży.
  2. Badania i analizy Instytutu Badań Edukacyjnych (IBE) oraz Biura Rzecznika Praw Dziecka w zakresie stresu szkolnego i dobrostanu uczniów.
  3. Ogólnopolskie raporty medyczne i społeczne („Zdrowie psychiczne dzieci i młodzieży w Polsce – Perspektywa rodzica”) dotyczące skali depresji i luk w systemie wsparcia.

Ten post ma 2 komentarzy

  1. Magdalena

    Potrzebowałam tego dzisiaj. Czuje dokładnie tak samo jak Ty… złość i taka bezradność, że nic nie mogę zrobić. Tylko wspierać, rozmawiać i tłumaczyć, ale z tym systemem cholernie ciężko cokolwiek wywalczyć… mój syn już 1 września miał stres przed pójściem do szkoły, bo stwierdził że nic nie pamięta. Czytając wklejone wymagania i sposób oceniania i tego jak uczniowie będą odpytywani poczułam ogromny stres… ja dorosła osoba – a co dopiero takie dziecko. To ile szkoła funduje dzieciom i rodzicom stresu to jest chore… nie chcę żeby od samego początku życie mojego syna było przepełnione bólem, strachem i stresem bo wiem jak starsza córka poniosła konsekwencje przez system edukacji… nie życzę tego nikomu. Nie pamiętam żebym ja w czwartej klasie otrzymywała wykaz jak moja wiedza będzie ciągle kontrolowana, bardziej podchodziłam do tego na luzie i rodzice moi również, a teraz to jest jakiś horror dla wszystkich…. Wytrwałości i cierpliwośći nam życzę

    1. Paulina

      Tylko na spokojnie i rozsądkiem mozemy to przetrwać. I tego nam życzę. Damy radę.

Dodaj komentarz