Gdybym dostawała złotówkę za każdym razem, gdy scrollując feed widzę wezwanie do „opuszczenia strefy komfortu”, prawdopodobnie pisałabym ten tekst z własnej wyspy na Pacyfiku, a nie z poziomu kanapy, która jest – o zgrozo – bardzo komfortowa. To sformułowanie stało się współczesnym biczem na czarownice, tyle że zamiast stosów mamy wypalenie zawodowe, a zamiast inkwizytorów – uśmiechniętych coachów w za ciasnych marynarkach. Według internetowych mędrców strefa komfortu to takie mroczne więzienie, w którym nic nie rośnie, a Ty gnijesz w marazmie, bo śmiesz lubić swoje przewidywalne życie. Musisz wyjść! Musisz cierpieć! Musisz robić rzeczy, których nienawidzisz, bo tylko tam – w oparach kortyzolu i paniki – czeka na Ciebie mityczny rozwój.
Prawda jest jednak brutalna i poparta badaniami, o których autorzy facebookowych epopei rzadko wspominają. Istnieje coś takiego jak krzywa Yerkesa-Dodsona, która jasno wskazuje, że najwyższą wydajność osiągamy przy umiarkowanym pobudzeniu. Gdy w imię „rozwoju” wystrzelimy się w kosmos stresu, lądujemy w strefie paniki, gdzie mózg przełącza się na tryb przetrwania, a nie nauki. Gratulacje, zamiast stać się mityczną „lepszą wersją siebie” – zwrotu tego zresztą szczerze nie cierpię, bo sugeruje, że obecna „ja” jest jakimś wybrakowanym prototypem – stałaś się po prostu bardziej roztrzęsioną wersją siebie. Jakby bycie sobą było niewystarczające i trzeba było wiecznie gonić za jakimś ulepszonym fantomem.
Najbardziej toksycznym aspektem tego hasła jest jego kompletne odklejenie od realiów. Łatwo jest „wyjść ze strefy komfortu”, gdy Twoim jedynym problemem jest wybór między kursem garncarstwa a skokiem ze spadochronem. Dla osoby, która codziennie walczy o domkniecie budżetu, życie to permanentny brak komfortu. Wmawianie jej, że musi szukać dodatkowych wyzwań, jest zwyczajnie okrutne. To także genialne narzędzie do korporacyjnej eksploatacji – „wyjdź ze strefy komfortu” to przecież eleganckie określenie na branie nadgodzin za darmo i robienie rzeczy, za które nikt Ci nie podziękuje.
Ciągłe opuszczanie bezpiecznych przystani skazuje nas na bycie wiecznym amatorem. Zamiast cieszyć się z faktu, że w czymś jesteśmy dobrzy i mamy opanowany warsztat, jesteśmy zmuszani do ponownego wchodzenia w rolę zagubionego dziecka. To prosta droga do utraty poczucia własnej wartości. To wręcz fascynujące, że najbardziej o porzuceniu wygody krzyczą ludzie, których największym wyzwaniem dnia było wybranie między latte na owsianym a matchą. Prawdziwy komfort to luksus, na który pracujemy latami, a potem przychodzi ktoś z certyfikatem z weekendowego kursu motywacji i mówi, że to nasze największe więzienie. Paradoks godny mizernego debiutu literackiego.
Zamiast fundować sobie emocjonalny łomot, warto pomyśleć o rozszerzaniu strefy komfortu. To proces organiczny – oswajamy nowe obszary tak długo, aż staną się dla nas bezpieczne. Bez walki, bez paniki i bez zbędnej grafomanii w sieci. Szanujmy się – spokój to nie stagnacja. To fundament, na którym można budować coś sensownego, zamiast wiecznie gonić za marchewką zawieszoną na kiju przez kogoś, kto sprzedaje nam kursy o „przełamywaniu barier”.
