Zaczęło się od przypadku w skansenie we Wdzydzach Kiszewskich – wiecie, między chatą krytą strzechą a zapachem starego drewna łatwo o romantyzację przeszłości. Ale kiedy ta sama historia dopada cię w sterylnej sali widowiskowej Sztumskiego Centrum Kultury, wiesz już, że to nie kwestia scenografii. To kwestia prawdy, która uwiera jak kamień w bucie, którego nie wypada zdjąć przy ludziach. „Opowieści wiejskich dziewuch” to nie jest grzeczny wieczorek z folklorem, to wiwisekcja losu kobiet z XIX-wiecznej wsi, podana nam prosto w twarz przez ówczesną Szpetuchę.
Spektakl był mocnym zwieńczeniem całodniowych obchodów Dnia Kobiet w SCK – maratonu, na który składała się sesja powerdance, dwa warsztaty o kobiecym dobrostanie i kojąca sesja jogi (fotorelacje z tego całego zamieszania możecie podejrzeć na facebookowym profilu centrum). Dla mnie to był dzień szczególny, bo spędzony w pełnym biegu, na koordynowaniu tego przedsięwzięcia od zaplecza. I choć bilet na spektakl – z racji mojej roli tego dnia – nie kosztował mnie ani złotówki, to cena, jaką zapłaciłam w walucie emocjonalnego i fizycznego zajechania, jest nie do przeliczenia na żadne pieniądze.
Na scenie Julia Pawlak – i niech mnie nikt nie prosi o obiektywizm, bo ta kobieta nie śpiewa, ona wyrywa kawałki duszy i kładzie je na blacie. Towarzyszyły jej instrumenty, które teoretycznie powinny łagodzić obyczaje, a w praktyce tylko podbijały tętno: Paulina Borzymowska na klawiszach i Wiktoria Czerpak na skrzypcach stworzyły tło, w którym ból mieszał się z codzienną, upartą radością. To historia o miłościach, które kończyły się szybciej niż żniwa, o rozczarowaniach łykanych jak letnia woda ze studni i o ciszy, w której toczyło się największe cierpienie, bo przecież „tak zawsze było z dziada pradziada” i komu to przeszkadzało?
Najgorsze – albo najlepsze – w tym spektaklu jest to, że on wcale nie jest o XIX wieku. Ta historia zapętla się jak źle nagrana płyta i dzieje się teraz, tylko kostiumy mamy z lepszych materiałów. Szpetucha ze sceny nie tylko opowiada o niesprawiedliwości, ona przekazuje nam kod dostępu do siły, którą każda z nas ma wgrany w system operacyjny przez przodkinie. To jak głosy z przeszłości mówiące: idź i nie poddawaj się, bo masz w sobie potencjał, którego nie zgasiły minione wieki. Wystarczy wsłuchać się w siebie i ruszyć z tym kompasem do przodu, korzystając mądrze z przywileju, który jeszcze dwieście lat temu był nam odbierany z urzędu. I choć po całym dniu pracy padam na twarz, a mój portfel jest chudszy o te 90 złotych wydane przy okazji, to mogę głodować z godnością. Mam haft z szeptuchą na plecach, czuję tę kobiecą moc i jestem z niej cholernie dumna. Choć głos Julii – Szeptuchy jeszcze długo będzie mi wybrzmiewał w głowie.
Idźcie na to widowisko, jeśli chcecie poczuć, że nie jesteście pierwszymi kobietami na tej planecie, które mają dość przemocy wobec kobiet. To lekcja trwania i dowód na to, że potencjał, którego nie zgasiły wieki pańszczyzny i braku głosu, nie tak łatwo zdusić byle kryzysem. Wsłuchajcie się w siebie – Szpetucha tylko podpowiada nuty. Resztę każda z nas odnajdzie w sobie, bo mądra kobieta wcale nie musi krzyczeć. Więcej zdziała milczeniem, w którym tętni jej prawdziwa siła.
