Suma wszystkich rozczarowań, czyli jak Anna Paluszak zamknęła mnie w szufladzie

Miałam nadzieję na błyskotliwą analizę mechanizmów, które nami rządzą, a dostałam zestaw „zadań domowych” z psychologii w wydaniu, które sprawia, że najchętniej wróciłabym do prasowania, mimo że szczerze nienawidzę tej czynności. Anna Paluszak w swojej książce Suma wszystkich strat (Wydawnictwo Sensus) bierze na warsztat nasze dzieciństwo i próbuje nas przekonać, że to, co nazywamy własnym charakterem, jest w rzeczywistości jedynie sumą wyuczonych strategii przetrwania, które wykształciły się lata temu w odpowiedzi na warunki, w jakich dorastaliśmy.

Biorąc do ręki egzemplarz od razu w oczy rzuca się okładka utrzymana w odcieniach zieleni, niestety, na tym kończą się powody do wizualnego świętowania. Autorka serwuje nam intensywny, wręcz przytłaczający kurs „pracy z przeszłością”. Całość opiera się na analizie tzw. „stylów charakteru”, gdzie każdy z nich ma swoje precyzyjnie przypisane warunki powstania w dzieciństwie oraz specyficzne mocne i słabe strony. Paluszak prowadzi czytelnika przez zestaw quizów i ćwiczeń – zarówno do samodzielnej pracy, jak i do wykonywania w parze – które mają na celu zidentyfikowanie, ile danego stylu w nas drzemie.

I tu pojawia się mój największy problem z tą pozycją. Dla kogoś, kto traktuje wycieczki do własnego dzieciństwa jak wizytę u dentysty bez znieczulenia, jest to droga przez mękę. Zamiast oferować bezpieczną przestrzeń na swobodną refleksję, autorka konsekwentnie zamyka czytelnika w gorsecie teorii. Książka opiera się na sztywnym szufladkowaniu: jeśli nie radzisz sobie z prośbą o pomoc, nie potrafisz okazywać słabości albo panicznie boisz się odrzucenia, książka błyskawicznie znajdzie odpowiednią „etykietę” dla Twoich mechanizmów.

Pauli’s fuse: Oczywiście, pewnie zaraz znajdzie się stado fanek, które napiszą w komentarzach, że „ta książka zmieniła ich życie” i „otworzyła oczy”. Jasne, dziewczyny. Jeśli Waszym marzeniem jest definiowanie się przez to, co działo się, gdy miałyście pięć lat i wypełnianie kwestionariuszy przy porannej kawie zamiast spokojnego czytania, to bawcie się dobrze. Ja jednak wolę definicje, które buduję sobie sama, w oparciu o to, kim jestem teraz, a nie te wycięte z poradnika dla „zagubionych dorosłych”.

Czy ta książka komukolwiek pomoże? Pewnie tak. Jeśli lubicie zagłębiać się w zakamarki własnej traumy, uważacie, że każde Wasze dorosłe potknięcie ma źródło w przedszkolu i czujecie ogromną potrzebę bycia przypisaną do konkretnego modelu „mechanizmu przetrwania”, Suma wszystkich strat będzie dla Was idealnym przewodnikiem. Dla mnie jednak ta pozycja okazała się jedynie dowodem na to, że czasami najlepiej jest po prostu zostawić przeszłość w spokoju i nie dać się zamknąć w żadnej psychologicznej szufladzie. Nawet jeśli szuflada ma przyjemny, kojący, zielony kolor okładki, wciąż pozostaje ciasnym, ograniczającym pudełkiem, w którym nie ma miejsca na oddech i autentyczną spontaniczność. Może lepiej wydać te pieniądze na kawę z przyjaciółką albo nową włóczkę na chustę? Efekt terapeutyczny będzie zdecydowanie szybszy, a na pewno mniej nużący niż przerabianie po raz kolejny tego samego, dziecięcego bagażu. Zdecydowanie wolę podróż w przeszłość i dzieciństwo pod okiem profesjonalisty – jeśli oczywiście komukolwiek udałoby się mnie do tego nakłonić, a uwierzcie, nie jest to łatwa sprawa.

Dodaj komentarz