Śniadanie w kubku, anioł w czarnej szacie i myśli ratunkowe

Siadam w fotelu, który od stycznia stał się moim najlepszym miejscem. Klasyczny uszak z podnóżkiem w pięknej butelkowej zieleni. Ten głęboki odcień materiału działa na mnie magnetycznie – opieram plecy o miękkie oparcie, czując, jak po ciężkim roku walki moje ciało w końcu zaczyna współpracować z grawitacją i odpuszcza nagromadzony stres. Przyciągam do siebie stolik z laptopem, obok stawiam napar z pędów świerku w liliowym kubku. Zapach lasu, żywiczny i lekko cierpki, natychmiast unosi się w powietrzu, mieszając się z ciepłem parującego naczynia. To mały, intymny rytuał powrotu do samej siebie, chwila, w której świat zewnętrzny, z całym swoim chaosem, hałasem i niekończącą się lista spraw do załatwienia, musi po prostu poczekać za zamkniętymi drzwiami.

Wzdycham głęboko i odwracam głowę w lewo. Patrzy na mnie uśmiechnięty anioł, z rękami w kieszeniach czarnej szaty. Jakby chciał powiedzieć: Hej, jest dobrze. Cokolwiek się wydarzy – jest dobrze. Ta wysoka, mająca dobre czterdzieści centymetrów figura ma w sobie jakąś przekorną, niezwykle spokojną mądrość. Nie ma w nim patosu ani napuszenia, jest za to cudowna lekkość i dystans, których tak bardzo potrzebuję w te bardziej gęste, wymagające dni, gdy głowa nie daje spokoju. Obok niego, w małym słoiczku stoją dumnie dwa pióra żurawia – pamiątka z niedzielnego śniadania w lesie.

Patrzę na nie i wystarczy sekunda, bym natychmiast wróciła myślami do tamtych porannych godzin. Nic nie smakuje lepiej jak śniadanie w lesie z M. Świeży napar z pędów świerku zagotowany na żywym ognisku i jajecznica z boczkiem, którą tym razem z braku laku smażyliśmy w metalowym kubku, bo mała patelnia w ferworze pakowania została w domu. Właśnie ta improwizacja, zapach dymu i ta wszechobecna, parująca wilgocią, zielona przestrzeń sprawiają, że natura nie stawia żadnych warunków ani wymagań. Zieleń tak żywa, że aż koi, słońce przeplatane z cieniem młodych liści, gwarne ptaki, które swoim intensywnym śpiewem pomagają odetchnąć. W takich miejscach nie trzeba niczego udawać, udowadniać, ani przed nikim się tłumaczyć – odchodzi męczące poczucie niesprawiedliwości, złość i żal, które wracają regularnie. Liczy się tylko ciche zrozumienie i wspólne nadawanie na tych samych, leśnych wibracjach. W głowie wciąż noszę ten delikatny uśmiech, gdy spod nóg ucieka żwawo zaskroniec, któremu przerwaliśmy leniwe wygrzewanie w promieniach słońca. Przemknął błyskawicznie przez ścieżkę, zygzakiem gubiąc się w gęstym podłożu, wolny i całkowicie u siebie. My tam też przez chwilę byliśmy stuprocentowo u siebie.

Powrót do natury to dla mnie coś znacznie więcej niż zwykła ucieczka od codziennych problemów. To raczej proste i piękne przypomnienie o fundamentach. W ostatnich dniach moimi myślami ratunkowymi jest fakt, że jeszcze kilka lat temu marzyłam o miejscu, w którym jestem dziś. Mieszkanie, cisza w domu i życie na własnych zasadach. Czasem w tym szalonym pędzie zapominamy, że to, co dziś traktujemy jako codzienną oczywistość i punkt wyjścia, kiedyś było szczytem naszych najśmielszych pragnień oraz celem bezsennych nocy. Siedząc w zielonym fotelu, otoczona upragnioną ciszą, uświadamiam sobie, jak ogromną, wyboistą drogę przeszłam, by znaleźć się w tym konkretnym punkcie. Marząc o tym, wiedziałam przecież doskonale, że droga do tego nie będzie prosta, a cena wysoka. Byłam gotowa na nią, bo za marzenia warto płacić. Nawet jeśli ceną są rozczarowania, czy ludzie próbujący ci zaszkodzić, a nawet zniszczyć bez żadnego powodu. Świata na siłę nie zmienimy – ludzka zawiść, małostkowość czy ta zupełnie niezrozumiała chęć rzucania kłód pod nogi to stały element krajobrazu, kiedy decydujesz się iść odważnie po swojemu. Kiedy kategorycznie odmawiasz wpasowania się w nieswoje ramy i schematy, stajesz się dla wielu niewygodna. Ale to cena, którą płaci się z dumnie podniesioną głową.

Las przypomina o tym, że wiara w cykl, w proces pozwala spokojniej przejść przez burzę, bo przekonanie, że wszystko jest po coś i ostatecznie prowadzi do rozkwitu, daje gigantyczną siłę. Drzewa nie walczą wściekle z huraganem – one elastycznie poddają się naporowi wiatru, bo wiedzą, że ich korzenie sięgają głęboko i stabilnie. Zrzucają stare liście, przechodzą przez stany totalnego, pozornego zamarcia, by potem, z nadejściem odpowiedniego momentu, wybuchnąć nową, bezkompromisową zielenią. Ludzkie życie rządzi się dokładnie tymi samymi prawami. Doświadczamy emocjonalnych zim, doświadczamy gwałtownych nawałnic, które wydają się obdzierać nas z resztek poczucia bezpieczeństwa. Jednak po każdej, nawet najciemniejszej nocy, w końcu zawsze przychodzi poranek.

A kwitnienie, choć chwilowe, wydarza się cyklicznie. Nie trwa wiecznie, bo każda żywa tkanka potrzebuje odpoczynku i regeneracji, ale wraca bezwzględnie zawsze. To niezmienne prawo wszechświata daje mi głęboki wewnętrzny spokój. Ludzie mogą próbować mącić, burze mogą szaleć za oknem, ale proces mojego wzrostu i tak się dokona. Wystarczy pamiętać, by konsekwentnie karmić się dobrem. Odcinać grubą, zdecydowaną kreską to, co toksyczne, co drenuje energię i niszczy spokój, a wybierać napar ze świerku, ciszę, zapach mchu, obecność właściwych ludzi i to ciche, ciepłe przekonanie anioła z rękami w kieszeniach: Hej, jest dobrze. Cokolwiek się wydarzy – jest dobrze.

Ten post ma 2 komentarzy

  1. Bazyl

    Wszystko będzie dobrze ❤️

    1. Paulina

      Tak czuję! Choć łatwo nie jest 😉

Dodaj komentarz