Piątek przywitał mnie brutalnie. Powrót z Rzymu zaczął się o 1:30 w nocy czterdziestominutowym spacerem na Termini, żeby zdążyć na autobus na Fiumicino. Szło się długo, ciężko i z nieodpartym wrażeniem gigantycznego kaca, choć w żyłach płynęło tylko zmęczenie. Bilans tych pięciu dni? 100 kilometrów w nogach, ponad 121 tysięcy kroków i spalonych niemal 12 tysięcy kalorii. Po przekroczeniu progu domu padłam jak mucha w gościnne łóżko M. i odpłynęłam na bite trzy godziny.
Ale miałam plan. Coś mnie nieustępliwie ciągnęło na premierę książki Beaty Lipeckiej-Płocharskiej. Zebrałam więc swój zmęczony zadek i poszłam, bo czułam, że czeka mnie tam autentyczność, której nie da się podrobić. To był czas pełen uśmiechu, wzruszeń i dobrej energii. Przede wszystkim jednak patrzyłam na kobietę, która właśnie odhacza kolejne marzenie. Beatę obserwuję od lat i choć nasze drogi przecinają się rzadko (prawie wcale, jeśli mam być szczera), to podskórnie od pierwszego spotkania czułam jej wibracje i jakąś subtelną więź. Spodziewałam się na tym wydarzeniu totalnej szczerości, bo Beti jest nią po prostu przepełniona. Nawet ślepy wyczuje na odległość Jej prawdę i moc. Dlatego, mimo że moja kolejka książek do recenzji przypomina listę oczekujących na NFZ, jeszcze w piątek w nocy – błogosławiona bądź, bezsenności! – zabrałam się za lekturę „Rusz się z Beti – ku spełnieniu”. Obok leżała kartka, bo przy moim ADHD co niezapisane, zwyczajnie przestaje istnieć.
To, co zachwyciło mnie już po kilku rozdziałach, to lekkość, z jaką autorka pozwala nam znaleźć sens w życiowym pędzie. Beata ma niezwykłą umiejętność: potrafi w tym całym kołowrotku codzienności zatrzymać się i dostrzec głębszy sens w doświadczeniach, które wcale nie były łatwe. Trzy momenty uderzyły mnie szczególnie. Pierwszy to światło w matni – historia kobiety doświadczającej przemocy tam, gdzie powinna mieć ostoję. Beata dzieli się z nią siłą, utwierdzając tę wątpiącą istotę w przekonaniu, że ma wartość, która pozwoli jej się wyzwolić. Potężny moment. Drugi wątek to szkoła jako dżungla. Beata często wspomina maraton jako swój sukces, ale w tle pojawia się postać nauczyciela, który podcina skrzydła młodej dziewczynie. Budzi to we mnie ogromny gniew. Wiem, jak wygląda system. Szkoła bywa trudna dla dzieci neuroróżnorodnych, a dla neuroatypowych jest prawdziwą gehenną, bo zbyt wielu pedagogów znalazło się w tej instytucji przez tragiczny przypadek. Wreszcie poruszyła mnie historia o gotowaniu z osadzonymi. To głęboki przekaz o tym, że każdy z nas ma moc obdarowywania innych. Trzeba tylko pokonać lęk i zrobić krok, a dobro dane z serca wróci pomnożone. W książce pojawiają się też bardzo osobiste, prywatne iskierki, jak choćby fragmenty o synku. Pamiętam naszą przypadkową rozmowę o tym, jak wielkim wyzwaniem jest takie „żywe srebro” i jak rodzice szukają rozwiązań, by wesprzeć tę rozwijającą się duszyczkę. Słuchając na spotkaniu o tym, jak wspaniale iskierka sobie radzi, uśmiechnęłam się pod nosem. To czysta radość widzieć, że znaleźli drogę dla siebie i chłopca.
To, co czyni tę książkę potężną, to pytania skierowane bezpośrednio do czytelnika i zostawione pod nimi miejsce na własne odpowiedzi. Ta lektura to nie tylko fragment życia autorki, ale przede wszystkim przestrzeń, w której możesz spojrzeć głębiej na własną drogę. Właśnie to sprawia, że pozycja ta przestaje być jedynie osobistą refleksją Beaty, a staje się naszym własnym dziennikiem przemiany. Dzięki niej masz szansę nabyć tę niezwykłą umiejętność autorefleksji i odnajdywania głębszego sensu w swojej codzienności
Po przeczytaniu lektury zostaję z dwoma rzeczami. Po pierwsze, afirmacja: „Moje regresy i napięcia przygotowują mnie do najwyższych lotów”. Nie wierzę w przypadki, a ta strona do mnie wracała, za każdym razem jak pobieżnie przeglądałam strony. Po drugie, słowa samej Beaty: „Jestem autentyczna i prawdziwa i dobrze mi z tym”. Coś, co czułam od początku naszej mglistej znajomości, napisane i wypowiedziane z dumą, ma ogromną, wspierającą moc.
Warto było wstać i mimo zmęczenia uczestniczyć w tym spotkaniu, by naładować baterie i przypomnieć sobie, że każdy z nas ma swoją drogę, ale każdy krok zależy tylko od nas. Ta lektura uświadamia jedno: nie zawsze jest łatwo, ale my decydujemy o tym co z życiowych zakrętów nas wzmocni, a co położy. I jedno, i drugie jest dobre, pod warunkiem, że nie będziemy zbyt długo leżeć. Niestety, nie wszyscy to rozumieją, czego dowodem była przysłowiowa łyżka dziegciu na sam koniec. Odpowiedź burmistrza miasta, śmiejącego się z przypowieści o orłach (padła na początku spotkania), które nie wzlatują, bo otoczenie podcina im skrzydła, to piękny przykład niesmacznego wystąpienia i kompletnej ignorancji. Ale to tylko tło. Beata podaje nam iskierkę, której płomień możemy przyjąć, by zacząć powoli świecić własnym światłem – niezależnie od tego, jak bardzo inni będą starali się go zdmuchnąć.

