Polska pod śniegiem, czyli naród wspaniały, tylko sprzątać nie ma komu.

Luty w tym kraju to nie jest zjawisko atmosferyczne. To zbiorowa amnezja i stan umysłu, w którym każdy płatek śniegu traktowany jest jak atak terrorystyczny na naszą wygodę. Zaczęło się klasycznie: sypało przez bite dwa dni. Solidne, gęste opady, które każdy widział przez okno, a mimo to trzeciego dnia miasto doznało zbiorowego szoku. „Zima zaskoczyła” – ten nagłówek powinien być wpisany do godła, bo zaskakuje nas co roku fakt, że w lutym w Polsce bywa biało.

W tym całym śnieżnym chaosie, gdy większość walczy o przetrwanie w autach, ja uprawiam poranny trekking do pracy. Nie z wyboru, a z przymusu. Akumulator nie chce współpracować, kardio wchodzi jak ta lala. W każdym razie, strategia wiec jest prosta: trzymać się wąsko wydeptanych ścieżek i nie dać się zwariować. Na początku tych opadów spotkała mnie sytuacja wręcz egzotyczna. Pewien mężczyzna, widząc mnie na wąskiej dróżce, bez mrugnięcia okiem wbił się w śnieg po kolana, żeby mnie przepuścić. Uśmiechnęłam się szeroko i podziękowałam mu tak, jak mnie mama uczyła – szczerze i z klasą.

Reakcja? Pan zamarł. Spojrzał na mnie, jakbym właśnie przemówiła w zapomnianym narzeczu i z niemałym wyrzutem powiedział: „Wie pani co? Idąc, ciągle przepuszczam ludzi, a pani jest pierwszą osobą, która mi podziękowała”. To był moment, w którym dotarło do mnie, że uprzejmość w tym kraju to gatunek na skraju wymarcia, zaraz obok rzetelnych drogowców.

Bo zazwyczaj jest inaczej. Co rano spotykam tą samą „panią z zaspy” – tzn. ja stoję w zaspie, a Ona przechodzi. Gdy tym razem ustępuję miejsca, zamiast przejść, zatrzymuje się owa Pani w połowie mojego trudu i zaczyna litanię narzekań. Że nic nie robią, że ślisko, że tragedia. Uśmiecham się wtedy grzecznie, choć w głowie wiruje mi potok myśli, które zachowam dla siebie. Bo owszem, bywa taka szklanka, że człowiek ma ochotę położyć się przed własnym domem i czekać na marzec, ale czy naprawdę jedyne, co potrafimy, to stać i pluć jadem?

Marszałek Piłsudski powiedział kiedyś (co odnotowano w licznych wspomnieniach i biografiach, m.in. u Jędrzejewicza), że nasz naród jest wspaniały, tylko ludzie… no cóż, bywają „narzekaczami-opierdalaczami”. To bolesna prawda o nas. Jesteśmy mistrzami świata w komentowaniu rzeczywistości zza firanki, ale jak przyjdzie do przejęcia odpowiedzialności, to nagle wszystkich łapie paraliż. Zamiast skrzyknąć się sąsiedzko i odśnieżyć kawałek wspólnego chodnika, wolimy czekać na legendarnych już „onych” i produkować anonimowe hejty na „Spotted Sztum”. (Swoją droga – lubię tam zaglądać i patrzeć jak ludzie drapią się na szczyt głupoty, nie potrafiąc samemu czegoś sprawdzić, pytając o błahe rzeczy, czy komentując anonimowo właśnie, choćby śnieg i prace włodarzy.)

Szczyt tego społecznego upadku zaliczyłam pod samym budynkiem policji w Sztumie. Idę, nastrój bojowy bo i sytuacje w pracy trudne, wzrok skupiony na przetrwaniu. Z daleka widzę jegomościa, lat około sześćdziesięciu, ze „szczurem na smyczy”, którego niektórzy szumnie nazywają psem. I tenże szczur, w cieniu majestatu prawa, nawalił na środek chodnika. Pan jak gdyby nigdy nic ruszył dalej, prosto na mnie.

Nie zwolniłam. Nie odwróciłam wzroku. Zupełnie mnie nie interesowało, czy ten „ktoś” ma coś do powiedzenia czy nie. Modulując głos na tryb „zjadliwa ironia”, rzuciłam:

– Ale wie pan, że po psie się sprząta?

Zdumienie tego człowieka było bezcenne. On był autentycznie wstrząśnięty, że ktoś śmiał zakłócić jego komfort bycia „opierdalaczem”. Bo przecież łatwiej jest zostawić gówno pod policją i iść narzekać na brudne miasto, niż się schylić.

To jest nasza największa bolączka. Brak odpowiedzialności za własny syf – ten na chodniku i ten w relacjach z ludźmi. Dopóki łatwiej nam będzie obgadywać i komentować niż powiedzieć „dziękuję” lub wyciągnąć woreczek na odchody, dopóty będziemy brodzić w tej pośniegowej brei, narzekając na świat, który sami tworzymy.

Dodaj komentarz