Paragraf na mobbing, czyli jak utonąć w sądzie z uśmiechem na ustach

o tym, jak legislacyjne marzenia zderzają się z brutalną rzeczywistością excela

Oto kolejna epokowa chwilia w dziejach polskiego zatrudnienia. Państwo znowu postanowiło nas uratować przed nami samymi, a zwłaszcza przed panem prezesem, panią dyrektor oraz każdym sympatycznym współpracownikiem z sąsiedniego biurka, który od poniedziałku do piątku testuje naszą odporność psychiczną na cotygodniowych naradach o niczym. Bo przecież toksyczna atmosfera to wcale nie monolog despotycznego szefa, ale często elegancka, zespołowa twórczość koleżeńska, gdzie każdy dokłada swoją cegiełkę. Oto nowelizacja Kodeksu pracy została właśnie podpisana przez prezydenta, co oznacza jedno: za równo trzy miesiące te cudowne przepisy wejdą w życie, dając wszystkim zainteresowanym idealny bufor czasowy na panikę. Ma ona raz na zawsze wymazać mobbing z polskich biur, magazynów i korporacyjnych szklanych wież. Wystarczyło zmienić definicję, dodać parę paragrafów i voilà – w biurowcach zapanuje powszechna miłość, harmonia oraz braterstwo dusz.

Nowe przepisy obiecują złote góry: uproszczoną definicję nękania, minimalne zadośćuczynienie równe sześciokrotności najniższej krajowej oraz bat na pracodawców i współpracowników, którzy dotychczas wzruszali ramionami na płacz w kibelku. Brzmi jak bajka? Owszem. Zwłaszcza gdy weźmiemy pod uwagę, że w tej bajce główny bohater na końcu zazwyczaj zostaje sam z długim zwolnieniem lekarskim i stosem dokumentów, których nikt nie chce czytać.

Zanim jednak rzucimy się w wir świętowania i zaczniemy masowo pisać pozwy, spójrzmy na twarde, nieubłagane liczby, które znoszą nas boleśnie na ziemię. Państwowa Inspekcja Pracy pęka w szwach od zgłoszeń – jak wynika z oficjalnych sprawozdań GIP oraz analiz publikowanych w prasie gospodarczej, skarg na mobbing przybywa lawinowo i notuje się ponad 2,5 tysiąca takich zgłoszeń rocznie (w ujęciu rocznym odnotowano m.in. 2626 skarg, co stanowiło dynamiczny wzrost rzędu 34%). Tysiące ludzi krzyczą: „Mam dość! Tak dalej być nie może!”. I co robi system? Inspekcja przeprowadza blisko 1,6 tysiąca kontroli rocznie, po czym z drżącym sercem uznaje za zasadny ułamek procenta tych spraw (np. w wybranym okresie za uzasadnione uznano zaledwie 129 skarg). Dlaczego? Bo mobbing to nie siniak po uderzeniu młotkiem – mobbing to subtelna gra psychiczna, prowadzona zarówno przez wszechwładnych dyrektorów, jak i przez złośliwych współpracowników, którą bardzo łatwo ubrać w szaty „wymagającego stylu zarządzania”, „luźnej atmosfery w dziale” i „troski o wyniki spółki”.

A co dzieje się, gdy sprawa trafia do sądu pracy? Tutaj zaczyna się prawdziwy teatr absurdu i dramat jednostki. Zgodnie ze statystykami Ministerstwa Sprawiedliwości oraz analizami Instytutu Pracy i Spraw Socjalnych, na setki, a momentami tysiące toczących się procesów, pracownicy wygrywają zaledwie znikomą mniejszość – wyroki uwzględniające roszczenia zapadają w zaledwie kilkadziesiąt przypadków rocznie (np. odnotowywano 44 korzystne wyroki na blisko tysiąc rozstrzyganych spraw w obu instancjach). Reszta powództw rozbija się o mur formalizmów, brak świadków, bo współpracownicy boją się o etaty i wolą udawać, że są ślepi i głusi, przewlekłość postępowań oraz potężne koszty procesowe. Sąd pracy staje się dla pracownika drugim kręgiem piekła, w którym udowodnienie, że szef albo koledzy z biurka cię niszczyli, przypomina szukanie igły w stogu igieł, podczas gdy ktoś podpalił stodołę.

Bezpiecznik Pauli: Zegar tyka idealnie, bo te trzy miesiące dają pracodawcom w sam raz dość czasu na przekopanie regulaminów, podczas gdy zżyty zespół kolegów z pracy planuje kolejne intrygi przy ekspresie do kawy. A idealny plan na sukces wygląda tak: rzucasz pracę, idziesz na L4, zatrudniasz adwokata za wszystkie oszczędności życia i czekasz pięć lat na prawomocny wyrok, żeby dowiedzieć się, że sąd nie dopatrzył się „uporczywości”, bo uszczypliwe komentarze zza biurka były przecież tylko formą budowania silnego charakteru zespołu, a paragrafy w kodeksie ładnie wyglądają tylko na ministerialnej półce. Brzmi kusząco? Gdzie podpisać?

I tak oto wirujemy w tym pięknym tańcu biurokratycznej hipokryzji. Z jednej strony politycy prężą muskuły na konferencjach prasowych, opowiadając o dziejowej sprawiedliwości i bacie na bezdusznych szefów. Z drugiej strony szary pracownik, często zniszczony psychicznie, stojący nad przepaścią finansową i zawodową, musi udowodnić przed sądem coś, co zapisane jest w jego zszarpanych nerwach, a nie w oficjalnych protokołach zarządu – zwłaszcza że cykliczne raporty CIOP i CBOS wskazują, iż z zachowaniami mobbingowymi w swojej karierze mierzy się od 11% do nawet 15% polskich pracowników, a w skrajnych strukturach hierarchicznych odsetek ten sięga blisko 30%.

Oczywiście najprościej byłoby zacząć od czegoś tak radykalnego, jak zwykły szacunek do drugiego człowieka i odwyk od lubowania się w soczystych plotkach przy śniadaniu. Gdyby tak nagle każdy zajął się robieniem tego, za co płacą mu w umowie, zamiast recenzowania cudzego życia i drążenia tuneli pod cudzym krzesłem, połowa inspekcji pracy mogłaby się przekwalifikować na ogrodników. Ale po co wybierać proste rozwiązania, skoro można napisać kolejne tomy paragrafów, które i tak wylądują w niszczarce.

Nowe przepisy, które już niedługo wejdą w życie, pewnie coś tam zmienią – może podniosą świadomość, może sprawią, że działy HR wreszcie przestaną zamiatać ekscesy i intrygi pod dywan. Ale żadna, absolutnie żadna nowelizacja Kodeksu pracy nie zastąpi zdrowego rozsądku, empatii i kręgosłupa moralnego, których w tabletkach jeszcze nie sprzedają.

Ten post ma jeden komentarz

  1. zdrowakawa

    Świetny głos w temacie, który rzadko porusza się z taką spokojną stanowczością.Tekst był wyjątkowo przystępny. Ciekawie udało się zachować ten balans między osobistym tonem a konkretem. Lubię, gdy autor pisze tak, jakby mówił do jednej konkretnej osoby.

Dodaj komentarz