Oddech zamiast mordu: instrukcja obsługi głowy w toksycznym świecie

Jeśli na dźwięk słowa „medytacja” przed Twoimi oczami staje obraz instagramowej modelki, która w pełnym makijażu, owinięta w kaszmirowy koc o wartości Twojej dwumiesięcznej pensji, promienieje wewnętrznym blaskiem nad brzegiem oceanu – gratulacje. Właśnie padłaś ofiarą największego marketingowego przekrętu XXI wieku. Bo umówmy się: w realnym świecie medytacja kojarzy się raczej z desperacką próbą niezaśnięcia podczas nudnego dnia albo liczeniem do dziesięciu, gdy rzeczywistość po raz kolejny postanawia przetestować Twoją wytrzymałość na absurd. I tu wchodzi Agnieszka Passendorfer ze swoją książką „Medytacja. Odkryj swój sposób na uspokojenie umysłu i ciała”, która serwuje nam odczarowanie mistycznej mgły. To nie jest kolejny podręcznik o tym, jak lewitować nad biurkiem. To raczej instrukcja obsługi własnej głowy dla ludzi, którzy mają dość szumu – tego w słuchawkach i tego generowanego przez toksyczne otoczenie.

Książka Passendorfer ma jedną, zasadniczą zaletę: jej konstrukcja sprawia, że pochłania się ją w jeden wieczór bez poczucia przeładowania. W świecie, gdzie autorzy poradników leją wodę tak obficie, jakby próbowali ugasić pożar w Amazonii, ta konkretność i przejrzystość układu są jak zbawienie. Autorka wychodzi z założenia, że skoro medytacja to w 99% praktyka, to pisanie o niej rozwlekłej rozprawy mija się z celem. Bo ile można czytać o oddychaniu? Autorka robi coś, za co należy jej się solidna porcja wdzięczności, bo to po prostu koniec z instagramowym bullshitem. Wyciąga medytację z oparów kadzidełek, zdejmuje z niej tybetańskie dzwoneczki i mówi wprost: to jest narzędzie. Takie samo jak młotek czy leki na uspokojenie, tylko że nie wymaga recepty i rzadziej trafia w palce. Dowiadujemy się, że medytacja to nie jest stan „niemyślenia o niczym”, co dla większości z nas jest równie osiągalne, jak nagła wygrana w lotto bez kupienia losu. To raczej umiejętność patrzenia na swoje myśli bez chęci natychmiastowego wejścia z nimi w konflikt.

Przystępnym, niemal kumpelskim językiem Passendorfer tłumaczy, że nie musisz siedzieć w lotosie, dopóki Twoje kolana nie zaczną błagać o litość. Możesz medytować na krześle, na stojąco, a pewnie i w kolejce po bułki, udając, że po prostu cierpliwie czekasz, podczas gdy w rzeczywistości ratujesz resztki swojego spokoju. To, co serwuje autorka, to 1% teorii i 99% walki z systemem. Pokazuje, że te wszystkie wydmuchane warunki – kryształy, specjalne poduszki wypełnione łuską gryki zbieranej o północy przez dziewice – to tylko otoczka, która ma sprawić, że poczujesz się gorsza, bo Twoje mieszkanie nie wygląda jak showroom skandynawskiego designu. W książce znajdziemy przegląd różnych technik – od tych skupionych na oddechu, przez skanowanie ciała, aż po praktyki w ruchu. To taki szwedzki stół: bierzesz to, co Ci smakuje, a resztę zostawiasz. Bez oceniania, bez guru patrzącego Ci przez ramię i bez poczucia winy.

Autorka podpowiada, jak zacząć, żeby nie skończyć po trzech dniach z poczuciem porażki. Odpowiada na pytania, które wszyscy mamy, ale wstydzimy się zadać, jak choćby to, co zrobić, gdy podczas praktyki przypomnimy sobie o wszystkich sprawach, które nas stresują. Książka Agnieszki to idealna lektura dla tych, którzy czują się wykorzystani przez system i własny przebodźcowany mózg. Napisana jest tak, że nie przytłacza objętością, a jej lekka forma pozwala skupić się na tym, co ważne. Nie obiecuje cudów, ale daje podsumowanie dla niecierpliwych: nauczysz się znajdować w sobie miejsce, w którym zewnętrzne bzdury tracą swoją niszczycielską moc. Jeśli szukasz mistycznego objawienia, idź do kościoła albo na sesję czytania z fusów. Ale jeśli chcesz narzędzia, które pomoże Ci przetrwać kolejny dzień bez konieczności ucieczki na bezludną wyspę, to ta pozycja jest dla Ciebie. To książka, która mówi: świat jest często kiepskim miejscem, a Twoje otoczenie bywa toksyczne, ale Twoja głowa nie musi być Twoim wrogiem. Za brak moralizatorstwa i za przystępność daję tej pozycji okejkę. Nawet jeśli jedyną rzeczą, jaką uda Ci się wypracować, będzie pięć minut dystansu do świata przed wyjściem z domu – było warto.

Dodaj komentarz