Z wielkim zainteresowaniem obejrzałam sesję rady miasta z 24 czerwca, podczas której przyznano absolutorium oraz wotum zaufania dla burmistrza. Słuchałam wypowiedzi naszych radnych o gminie, w której – wedle ich słów – niemal płynie mleko i miód. Szczerze mówiąc, faktycznie nie jest źle, choć moją nieustającą solą w oku pozostaje Sztumskie Centrum Kultury – o czym doskonale wiecie i czego pewnie wolelibyście nie słyszeć. Ale, ale, ale…
W wypowiedzi jednego z radnych, a także gdzieś w przestrzeni internetowej, pojawiło się sformułowanie, które wyjątkowo upodobali sobie niektórzy przedstawiciele rady: „wylewa się na nas hejt”. Ogromnie mnie cieszy, że idziemy z duchem czasu i śledzimy nowinki, także te językowe. Jednak nie byłabym sobą, gdybym nie uczepiła się słówek. Niektórzy twierdzą, że to moja specjalność, ale ja po prostu uwielbiam zabawę słowem, dwuznaczności i inne lingwistyczne igraszki. Dlatego też spieszę z pomocą naszym radnym i wyjaśniam, czym tak naprawdę jest hejt.
Hejt (z zapożyczenia angielskiego hate – nienawiść) to w najprostszych słowach agresywne i prowokacyjne działanie w internecie, wymierzone w konkretną osobę, grupę ludzi, instytucję lub markę. Podstawową różnicą między hejtem a krytyką jest cel i forma. Krytyka opiera się na argumentach; nawet jeśli jest surowa, ma na celu zwrócenie uwagi na błędy lub wywołanie merytorycznej dyskusji. Hejt natomiast to atak dla samego ataku. Jego jedynym celem jest poniżenie, wyśmianie i zadanie bólu. Często posługuje się wulgaryzmami, groźbami i opiera się na poczuciu bezkarności, jakie daje internetowa anonimowość.
Dla jasności, zestawmy to w przejrzystą tabelę:
| Cecha | Krytyka | Hejt |
| Cel | Wskazanie problemu, naprawa sytuacji. | Poniżenie, sprawienie przykrości. |
| Treść | Argumenty, fakty, ocena działań. | Obelgi, wyzwiska, ataki personalne. |
| Forma | Merytoryczna, często konstruktywna. | Agresywna, często wulgarna. |
| Reakcja | Zaprasza do debaty. | Dąży do eskalacji konfliktu. |
Źródła: Wolińska, A. (2018). „Mowa nienawiści w sieci. Mechanizmy i skutki”; Raport Fundacji Panoptykon: „Hejt a wolność słowa – granice dyskusji w internecie”.
Także owszem, niektórzy piszą krytyczne komentarze, nie są zadowoleni z tego, co obserwują w gminie, ale czy to jest hejt? Nie. To się nazywa kontrola społeczna, za którą radni powinni być wdzięczni, skoro tak bardzo dbają o dobro wspólne. Oczywiście, nie jestem wszędzie i nie wiem o wszystkich sytuacjach – jak na przykład do niedawna nie wiedziałam o pewnej nauczycielce, o której pisałam na Facebooku, a której obrzydliwa wypowiedź w stronę dwóch radnych była podręcznikowym przykładem hejtu. Jednak jeśli komuś przyszłoby do głowy nazywać mnie hejterką tylko dlatego, że pisze o tym, co mi się nie podoba i pokazuje ogromne niedociągnięcia, polecam najpierw zaznajomić się z definicją. Tak, na wszelki wypadek.
Bezpiecznik Pauli: Oczywiście, bądźmy realistami – dla radnego, który nie przyzwyczaił się do krytyki a jedynie do potakiwania, każde zdanie, które zaczyna się od „szanowny panie radny, wspaniale pan milczy”, będzie brzmiało jak zamach na jego autorytet. Nazwanie tego hejtem to najtańsza sztuczka socjotechniczna. Pozwala poczuć się jak męczennik, zamiast musieć odpowiedzieć na pytanie: „dlaczego milczycie na temat SCK?”. W końcu nic tak skutecznie nie leczy kompleksów, jak zrównanie kogoś z błotem w sekcji komentarzy – zwłaszcza gdy w prawdziwym świecie jedyne, nad czym ma się kontrolę, to to, czy na obiad będzie schabowy czy mielony.
Skoro już jesteśmy przy lingwistycznej precyzji, warto pochylić się nad ewolucją samego słowa „hejt” w polszczyźnie. To słowo-wytrych, które w ostatnich latach przejęło funkcję „straszaka”. Zjawisko to w językoznawstwie nazywamy deprecjacją pojęć – sytuację, w której termin o silnym, negatywnym ładunku zostaje „rozmyty” przez nadmierne stosowanie w nieadekwatnych kontekstach. Kiedyś „nienawiść” zarezerwowana była dla uczuć skrajnych, dziś jest przywoływana, gdy tylko pojawi się cień merytorycznej kontry.
Ciekawym przypadkiem jest również słowo „krytyka”, które wywodzi się od greckiego kritikē, oznaczającego sztukę rozróżniania. Pierwotnie nie było w tym żadnego pejoratywnego zabarwienia – to proces analizy, oceny i separacji ziarna od plew. Używanie określenia „hejt” jako synonimu „krytyki” jest więc nie tylko błędem definicyjnym, ale również językowym aktem sabotażu. Pozbawiamy się narzędzia, jakim jest rzeczowa ocena, zastępując je emocjonalnym skowytem. Warto zatem pamiętać, że dbałość o język to dbałość o poziom debaty. Zamiast nadużywać zapożyczeń, lepiej czasami sięgnąć po słownik, by zrozumieć, że świat nie jest czarno-białym polem bitwy hejterów, ale przestrzenią, w której różnice zdań są wpisane w fundament demokracji. A nazywanie każdego sprzeciwu nienawiścią to najprostsza droga do lingwistycznego i społecznego regresu.
