O obojętności, która tnie głębiej niż najostrzejsza brzytwa

Prowadzenie auta to zajęcie szalenie wdzięczne, o ile akurat nie utknęło się w zderzaku kogoś, kto prawo jazdy wygrał w promocji w markecie. Wymaga to skupienia, precyzyjnej koordynacji ruchów, a przede wszystkim pozwala głowie wreszcie odpocząć od codziennego nadmiaru bodźców, hałasu i wszechobecnej ludzkiej miałkości. Podczas tej czynności pozwalam myślom swobodnie płynąć dokądkolwiek zechcą. W moim życiu od samej wiosny wydarzyło się tyle absurdalnych zwrotów akcji, że czasem autentycznie dziwię się, iż mózg w ogóle nadąża za tym nieustającym, wysokobudżetowym myślotokiem. W nurcie tych wszystkich burzliwych wydarzeń w przestrzeni pojawiły się również osoby ciepłe, empatyczne, gotowe do pomocy. Osoby, które myślą podobnie jak ja, podobnie czują i dokładnie tak samo widzą ten przeklęty, zakłamany świat.

Jest jednak i druga, mroczniejsza strona medalu tej lekcji – znacznie mniej miła, skąpana w odcieniach burej szarości i bezbrzeżnej obojętności. Ta strona bezceremonialnie pokazuje mi rzeczy, których człowiek wolałby w ogóle nie oglądać, o których najchętniej by milczał i których świadkiem w ogóle nie chciałby być, nawet w najgorszych gorączkowych marzeniach. „Nie karm złego” – powtarzam sobie rytmicznie w duchu za każdym razem, gdy tylko zapędzę się w poczuciu głębokiej niesprawiedliwości i krzywdy. „Przekieruj tę energię na to, co jest przed tobą”. I wtedy, oprócz świetlanej przyszłości, widzę przed sobą idealną, gęstą, niemal namacalną ciszę. Milczenie tych wszystkich, którzy z potulnym uśmiechem na ustach godzą się na to, by zachowania podłe, małe i niesprawiedliwe działy się w biały dzień, bo tak jest po prostu najprościej. Najbezpieczniej. Najcieplej w kapciach przed własnym telewizorem. Przecież to nie wymaga absolutnie żadnego wyjścia ze strefy komfortu, żadnego ryzyka, żadnej odwagi, a już na pewno nie wymaga posiadania kręgosłupa moralnego.

Z boleśnie zdobytego doświadczenia doskonale wiem, jaka jest realna, rynkowa cena milczenia. Gdy popatrzymy na to z szerszej, ogólnokrajowej perspektywy psychologii społecznej, mechanizm ten przestaje być lokalną anegdotą, a staje się podręcznikowym zjawiskiem. Klasyczne badania nad efektami bierności i rozproszeniem odpowiedzialności (pionierskie eksperymenty Johna Darleya i Bibba Latané) udowodniły statystycznie to, co widzimy na co dzień: w sytuacji kryzysowej lub w obliczu niesprawiedliwości, im większa jest grupa obserwatorów, tym drastycznie spada prawdopodobieństwo, że ktokolwiek z nich zareaguje. W kontrolowanych warunkach laboratoryjnych odsetek osób pomagających spadał z 85% (gdy świadkowie działali w pojedynkę) do zaledwie 31% w grupach liczących powyżej pięciu osób. Zjawisko to – napędzane przez ignorancję pluralistyczną („skoro nikt inny nie protestuje, to chyba nie ma problemu”) oraz rozproszenie odpowiedzialności („ktoś inny w końcu odwali tę czarną robotę”) – mechanicznie winduje ciche przyzwolenie na nadużycia.

Ten ogólnokrajowy paraliż i chroniczny brak nawyku aktywnej partycypacji społecznej w skali lokalnej mają zresztą głębokie, strukturalne korzenie. Jak wskazują analizy socjologiczne oraz raporty badawcze (m.in. Instytutu Spraw Publicznych czy Fundacji Stocznia), wciąż boleśnie tkwimy w nawykowych pozostałościach po ustroju komunistycznym, gdzie państwo i jego struktury były obcym, opresyjnym aparatem, a nie wspólną własnością, o którą się dba. Do tego dochodzi fundamentalny brak powszechnej świadomości na temat realnych praw obywatela oraz faktu, że systemowo od dekad nie buduje się w Polsce świadomego społeczeństwa obywatelskiego – bo lokalnym układom znacznie łatwiej rządzi się masą, która nie zna swoich praw i nie patrzy władzy na ręce. Z cyklicznych badań CBOS nad aktywnością publiczną i kapitałem społecznym wynika zatrważająca stałość: regularną, zorganizowaną pracę społeczną w strukturach lokalnych deklaruje zaledwie ułamek obywateli, a bierność i zamykanie się w skorupach prywatności stały się domyślnym mechanizmem przetrwania.

Dziś patrzę na to, jak Sztum malowniczo milczy, wyrażając tym milczeniem pełne, ciche przyzwolenie na brak jakiejkolwiek przyzwoitości i absolutną, niczym niezmąconą bezkarność. Jak tutejszym mieszkańcom święcie wydaje się, że ich to wszystko absolutnie nie dotyczy, bo przecież prywatna chatka stoi na samym skraju wsi, a problem dotyczy jakiegoś nieszczęśnika, a nie ich samych. Obserwuję też z czystą, antropologiczną fascynacją, jak niektórzy siedzą z założonymi rękami i czekają, aż wreszcie przyjdzie ktoś, z miotłą w ręku, i ich cudownie uratuje. Zrobi za nich całą czarną robotę, bo przecież sami nie mogą: a to mają pilne zobowiązania, a to ciężką pracę, a to zmęczenie materiału, a to nagły ból w bliżej nieokreślonej części ciała, a to tysiąc innych wymówek na każdą okazję.

Sztum miał niedawno autentyczną, historyczną szansę na rozkwit lokalnej kultury, jakiego nie było tu od dziesięcioleci. Każdy jeden milczący mieszkaniec ponosi teraz pełną, osobistą odpowiedzialność za to, że tak właśnie się nie stało i nie stanie, bo wygodniej było schować głowę głęboko w piasek. Obserwuję to wszystko z boku i zastanawiam się złośliwie, jak właściwie skończy się ta cała żenująca sprawa odejścia Pani Dyrektor Sztumskiego Centrum Kultury i to, w jak skandaliczny, urągający jakimkolwiek standardom sposób została potraktowana. Możemy oczywiście nadal szeptać po kątach w sklepowych kolejkach, słuchać tanich plotek z trzeciej ręki i dawać im bezkrytyczną wiarę, bo przecież tak łatwiej przetrawić rzeczywistość. Możemy też oficjalnie milczeć, patrząc tępo w podłogę, bo tak jest bezpieczniej dla kariery, układów i świętego spokoju. Możemy czekać, aż ktoś czarną robotę odwali za nas, bo wysiłek fizyczny i psychiczny boli. Tymczasem niesprawiedliwość dzieje się dalej, zatacza coraz większe, bezkarne kręgi i wcale bym się nie zdziwiła, gdyby pewnego pięknego dnia zapukała także do drzwi tych wszystkich wiecznie milczących, neutralnych obserwatorów życia publicznego, którzy dziś myślą, że problem ich nie dotyczy.

Patrzę na ten obojętny, skurczony w sobie milczący Sztum i na te potężne, wręcz monumentalne szesnaście podpisów pod petycją skierowaną do Radnych. Szesnaście podpisów! Liczba wręcz porażająca w gminie liczącej tysiące dorosłych. Jakby radni wcale ich nie reprezentowali, jakby w ogóle nie dotyczyło ich wydatkowanie publicznego, miejskiego budżetu, jakby decyzje podejmowane w zaciszu gabinetów nie miały absolutnie żadnego wpływu na ich codzienne rachunki, szkoły, chodniki czy instytucje kultury. Przecież radni i burmistrzowie są z woli ludu, choć lud ten woli akurat święty, nienaruszalny spokój i udawanie, że problemu w ogóle nie ma. W świetle powyżej wypisanych przeze mnie danych odnośnie obywatelskiej postawy, Sztumianie są niemal wizytówką tych smutnych statystyk.

Kilka razy zapłaciłam za milczenie srogą cenę, aż w końcu powiedziałam donośne, niepodlegające dyskusji „dość”. Jednak milczenie społeczne, które jest nie tylko domeną sztumian, ale także wielu mieszkańców mniejszych i większych już mnie nie dziwi. Zaskakuje mnie tylko jak z głębokim, niemal filozoficznym zdumieniem, wszyscy zastanawiają się skąd w zasadzie bierze się wokół tyle agresji, przemocy, niesprawiedliwości i kompletnego braku szacunku do drugiego człowieka. Otóż odpowiedź jest zatrważająco prosta: z milczenia i obywatelskiej ignorancji. Jak zauważył kiedyś Desmond Tutu w słowach, które powinny wisieć na honorowym miejscu w każdym urzędzie: „Jeśli pozostajesz neutralny w sytuacji niesprawiedliwości, wybrałeś stronę ciemiężyciela”. I pod tym bolesnym cytatem możemy się chyba wszyscy podpisać, niezależnie od tego, czy wolimy patrzeć w drogę przez przednią szybę rozpędzonego auta, czy z satysfakcjonującą ślepotą wpatrujemy się we własne cztery ściany, czekając na cud.

Możesz jeszcze podpisać petycję tu: https://www.petycjeonline.com/petycja_do_rady_miejskiej_w_sztumie_damy_kontroli_bezczynnoci_radnych_w_sprawie_kryzysu_w_sck_i_rozliczenia_diet_publicznych

Ten post ma jeden komentarz

  1. Ksia

    bardzo dobry tekst! bardzo w punkt! tradycja pańszczyźnianego poddaństwa, uległości, pochylania czoła przed wątpliwymi autorytetami.. pan, wójt i pleban…
    korzenie tej bierności sięgają dużo głębiej niż do czasów komunizmu!
    16 podpisów 🙈😱

Dodaj komentarz