Między statystyką a bezczelnością: dlaczego kultura w Sztumie to poligon intryg

Kiedy stało się jasne, że dyrektor Jankowiak odchodzi, naiwnie uznałam (jak to ja), że merytoryka i profesjonalne podejście do obowiązków powinny być fundamentem każdej rozmowy o przyszłości. Poszłam rozmawiać z wiceburmistrzem i burmistrzem, bo krok wydawał się logiczny – są to osoby nadzorujące działalność Sztumskiego Centrum Kultury. Wtedy jeszcze nie operowałam twardymi danymi o zasięgach, które spłynęły później, ale wiedziałam jedno: wizerunek SCK w sieci zaczął w końcu przypominać standardy XXI wieku, a nie cyfrowy skansen poparty plakatowaniem miasta.

W odpowiedzi na moją chęć stabilizacji i profesjonalizacji działań usłyszałam od wiceburmistrza, z tym specyficznym, pełnym „życzliwości” uśmiechem, że w dzisiejszych czasach nie warto przywiązywać się do stanowiska. To fascynująca lekcja pokory wygłoszona kobiecie, która pracę traktuje jak pracę, a nie jak podwórko do plotek i intryg. Szczególnie gorzko brzmi to w kontekście instytucji, w której trzy konkretne osoby wydają się przyspawane do swoich stołków z siłą godną super glue. Miejsce, które powinno być ośrodkiem kultury w regionie, stało się centrum rozgrywek politycznych. Nie ma nic bardziej rozczarowującego niż fakt, że względnie młodzi ludzie, którzy mieli szansę rozbić zastany od lat lewicowy układ, zatrudnić w domu kultury specjalistów i sprawić, że sztumska kultura stanie się głośna w regionie, postanowili jednak nic nie zmieniać.

To uderzające, tym bardziej że w SCK reszta pracowników próbuje po prostu przetrwać w milczeniu. Trudno im się dziwić – biorąc pod uwagę statystyki bezrobocia kobiet w naszym regionie i nierówności zatrudnienia… no cóż, pracować trzeba. Za sprawą kilku osób w biurze jestem persona non grata, bo nie bawię się w obrażanie ludzi za plecami. Bo po co komu realne sukcesy jednostki, skoro ważniejsza jest stabilność towarzyskiej struktury tych, którzy o braku przywiązania do stołków potrafią tylko pouczać innych, sami trzymając się ich rękami i nogami.

No więc, Panie Kaszubski, przedstawię Panu trochę statystyk regionu, które potwierdzą tę lokalną farsę. Udział kobiet w ogólnej liczbie bezrobotnych w powiecie sztumskim wynosi ponad 61%, co jest niechlubnym rekordem województwa pomorskiego. Co więcej, aż 33% zarejestrowanych u nas kobiet to osoby długotrwale bezrobotne, dla których powrót na rynek pracy w zdominowanym przez układy środowisku graniczy z cudem. Jesteśmy regionem, w którym różnice w płacach między kobietami a mężczyznami na tych samych stanowiskach sięgają blisko jednej piątej. W małych miastach takich jak nasze, szklany sufit to żelbetowa konstrukcja podtrzymywana przez ludzi, którzy z uśmiechem na ustach tłumaczą ci, że twoje ambicje to tylko przejściowy etap.

Słuchając rad o tym, jak nie warto przywiązywać się do stanowiska, trudno nie odnieść wrażenia, że ta maksyma obowiązuje tylko wtedy, gdy nie należysz do zamkniętego kręgu wzajemnej politycznej adoracji wewnątrz ośrodka. Kiedy pensja ledwo drga, a wymagania rosną, jedyną rzeczą, do której faktycznie nie warto się w Sztumie przywiązywać, jest wiara w to, że w lokalnych instytucjach liczy się cokolwiek poza lojalnością. Nawet jeśli później przyniesiesz dowody na 300-procentowy wzrost statystyk, dla nich będą one tylko zbędnym szumem w ciszy gabinetów, w których czas i etyka pracy zatrzymały się dawno temu.

To, co dzieje się w Sztumie, to tylko soczewka szerszego problemu. W skali całego kraju kobiety zarabiają średnio o 13% mniej niż mężczyźni, ale w sektorze publicznym w mniejszych powiatach, gdzie brakuje transparentnych systemów ocen, ta przepaść potrafi sięgać nawet 25%. Być może zastępca burmistrza nie wiedział, że w województwie pomorskim to właśnie kobiety stanowią aż 56% wszystkich zarejestrowanych bezrobotnych. Wykształcona kobieta na Pomorzu to dla systemu często tylko rekord w tabeli bierności zawodowej, bo lokalne układy zawsze wygrywają z twardymi kompetencjami.

Słowa o „nieprzywiązywaniu się”, które do dziś brzmią w moich uszach, to nie tylko bezczelność, ale dowód na całkowite odklejenie włodarzy od zwykłego, sztumskiego życia. Zakładając, że „nie przywiążę się” i przestanę angażować w pracę na miejscu, zostaje mi tylko dojazd do ościennych miast. Jednak biorąc pod uwagę, że mam w domu ośmiolatka i dwunastolatka, a działamy w trybie opieki naprzemiennej, każda godzina spędzona w aucie to czas bezpowrotnie stracony. Czas, który mogłabym poświęcić dzieciom – pomóc w lekcjach czy po prostu wyjść na zwykły spacer. Nasi włodarze zdają się tego nie rozumieć; im na kontach wszystko się zgadza, więc brak wyobraźni nic ich nie kosztuje. Kosztuje za to nas, mieszkańców, którzy chcą rozwoju, a dostają stagnację.

Muszę przyznać, że po cichu liczę na jedno. Gdy za trzy lata do moich drzwi w czasie kampanii wyborczej ponownie zapukają burmistrzowie, z uśmiechem na ustach powiem im dokładnie to samo: że w dzisiejszych czasach naprawdę nie należy przywiązywać się do stanowisk. Szczególnie do tych, o których decydują głosy ludzi, których traktuje się jak niewygodne przeszkody na drodze do świętego spokoju. Mojego głosu na pewno nie dostaną.

Źródła statystyczne:

  • Główny Urząd Statystyczny, Bank Danych Lokalnych 2025.
  • Wojewódzki Urząd Pracy w Gdańsku, Raport „Bezrobocie rejestrowane w województwie pomorskim”, wydanie grudzień 2025.
  • Ogólnopolskie Badanie Wynagrodzeń, Sedlak & Sedlak 2025.
  • Hays Poland, Raport „Kobiety na rynku pracy 2025”.

Ten post ma jeden komentarz

  1. Kasia

    mojego głosu też na pewno nie dostaną

Dodaj komentarz