Manifest wolności za parę złotych: jak przestać zarządzać cudzym cyrkiem

Zdarza się, że człowiek w przypływie desperacji lub chwilowej wiary w lepsze jutro, wyciąga z portfela te skromne, ciężko zarobione pieniądze i inwestuje je w coś, co ma mu uratować resztki zdrowia psychicznego. Tak było tym razem, gdy zachęcona poleceniem Violetty J., nabyłam drogą kupna „Teorię Pozwól Im” Mel Robbins. I od razu uprzedzam: ta książka nie odkryła przede mną Ameryki. Nie doznałam nagłego objawienia, po którym zaczęłam lewitować nad biurkiem, a moje problemy zniknęły w oparach różowego dymu. Ale zrobiła coś znacznie ważniejszego — ubrała w słowa to, co intuicyjne czułam od dawna, tylko brakowało mi tupetu, by wprowadzić to w życie na pełnej petardzie i przestać się tłumaczyć z własnego dystansu.

Sama koncepcja jest do bólu prosta i być może dlatego tak skuteczna, bo w świecie przeładowanym skomplikowanymi teoriami psychologicznymi, nagle dostajemy narzędzie, które można streścić w dwóch słowach. „Pozwól im” to nie jest kapitulacja, choć dla postronnego obserwatora, przyzwyczajonego do Twojej ciągłej walki o sprawiedliwość, może tak wyglądać. To nie jest machnięcie ręką z rezygnacją ani wycofanie się do narożnika z podkulonym ogonem. To świadoma decyzja o tym, że przestajesz tracić energię na próby kontrolowania rzeczy, na które i tak nie masz wpływu — a konkretnie na decyzje, słowa i humory innych ludzi. Jeśli ktoś postanowił być nieuprzejmy, niekompetentny albo po prostu złośliwy, to po prostu pozwól mu na to. Niech sobie taki będzie, niech się pławi w swojej frustracji, ale bez Twojego udziału jako emocjonalnego paliwa.

Dla mnie ta pozycja stała się narzędziem do jeszcze lepszej obrony przed ludźmi, którzy najchętniej widzieliby mnie w roli ofiary ich własnych niedociągnięć. Książka brutalnie, ale skutecznie przypomina, że to my mamy prawo wyboru, jak zareagujemy na cudzy cyrk. Możemy wejść na arenę i zacząć użerać się z klaunami, co zazwyczaj kończy się tym, że same jesteśmy całe w trocinach, albo możemy usiąść na widowni z popcornem i po prostu patrzeć, jak system sam się kompromituje. Wybieram to drugie, choć przyznaję, że nauka siedzenia na trybunach, gdy korci, by wskoczyć na scenę i zrobić porządek, jest procesem bolesnym. Mel Robbins uświadamia jednak, że każda minuta poświęcona na korygowanie cudzych błędów, których ci ludzie wcale nie chcą naprawić, to minuta wyjęta z Twojego własnego życia, za którą nikt Ci nie zwróci — ani w formie premii, ani nawet głupiego „dziękuję”.

To, co autorka i jej syn Sawyer Robbins przekazują w tym narzędziu, to przede wszystkim odzyskanie sprawstwa w miejscach, gdzie wydawało się ono dawno pogrzebane. Skupienie się na własnych krokach, zamiast na poprawianiu cudzych, to rewolucja dla kogoś, kto całe życie czuł się odpowiedzialny za „ratowanie sytuacji”. Ta teoria pozwala zrozumieć i lepiej zastosować to, co już dłuższy czas było ze mną, ale brakowało mi ostatecznego „kopa”, by przestać się przejmować nieprzychylnymi opiniami. Bo umówmy się: ludzie będą gadać, będą oceniać i będą podejmować idiotyczne decyzje bez względu na to, jak bardzo będziesz się starać im pomóc. Pozwól im na to. Pozwól im popełniać błędy, pozwól im Cię nie lubić, pozwól im być w błędzie. To ich problem, nie Twój.

„Pozwól im” to skuteczna przypominajka, że Twoja reakcja jest jedyną rzeczą, nad którą masz realną władzę. Jeśli więc szukasz czegoś, co pozwoli Ci świadomie wprowadzić w życie dystans, o którym wszyscy mówią, a mało kto potrafi go zachować — zwłaszcza gdy siedzi się w samym środku biurowego piekiełka — ta lektura jest dla Ciebie. Nie oczekuj cudów, oczekuj solidnego przypomnienia o tym, gdzie kończą się Twoje obowiązki, a zaczyna czyjaś wolna wola do bycia toksycznym.

Wprowadzenie tej teorii w życie to jak założenie pancerza, przez który nie przebije się żadna złośliwa uwaga czy absurdalna decyzja góry. To robienie swojego z uniesioną głową, podczas gdy wokół szaleje burza w szklance wody. I choć może Ameryki tu nie odkryto, to przypomnienie o tym, że nie musisz być strażakiem gaszącym każdy pożar wzniecony przez innych, jest warte każdych pieniędzy. Robienie swojego nigdy nie smakowało tak dobrze, jak z tą świadomością, że inni mogą robić, co chcą, a Ty po prostu… im na to pozwalasz, zachowując swoje shanti dla siebie.

Dodaj komentarz