Początek marca wcale nie nastraja do bycia dla siebie miłą, zwłaszcza gdy za oknem aura przypomina rozmokłą bułę, a w głowie kotłuje się milion myśli na sekundę, bo przecież ADHD nie zna pojęcia „cisza nocna” ani „spokojny posiłek”. Kiedy brałam do ręki książkę Marceliny Paprockiej o kompulsywnym objadaniu się, miałam nadzieję, że to będzie ta chwila, w której ktoś poda mi konkretny klucz do szafki ze słodyczami, którą sama przed sobą zamykam na kłódkę, a potem w amoku rozbijam ją siekierą. Niestety, lektura ta zostawiła mnie z poczuciem, że właśnie zjadłam ryżowy wafel – niby coś w ustach było, niby objętość się zgadza, ale w środku dalej wieje pustką.
Od dawna mam niemal pewność, że ten cały taniec z jedzeniem, chocholi taniec wokół lodówki, to nie jest tylko kwestia słabej woli, o której lubią grzmieć domorośli dietetycy na Instagramie. To moja rzeczywistość: ADHD sprawia, że regularne i zdrowe posiłki są dla mnie wyzwaniem na miarę zdobycia K2 zimą w klapkach. Nie radzę sobie z trudnymi emocjami w sposób, który opisywałyby podręczniki do mindfulness. Moim sposobem na stres, na przebodźcowanie, na ten cały jazgot świata, jest klasyczny zestaw startowy: cała tabliczka czekolady wciągnięta w trzy minuty, zagryziona czipsami dla przełamania smaku i popita kolą, żeby bąbelki choć na chwilę zagłuszyły lęk. A potem? Potem przychodzi ten moment, którego Paprocka tak bardzo chce nam oszczędzić – wyrzuty sumienia, które ciągną się za mną przez resztę dnia i cały kolejny, jak ciężki, brudny tren od sukni ślubnej. Autorka za punkt honoru postawiła sobie, żebyśmy przestały się linczować. I o ile brzmi to pięknie w teorii, o tyle w praktyce, kiedy siedzisz na podłodze w kuchni wśród papierków po batonach, to zdanie ma siłę rażenia gumowej strzały.
Książka bardzo rzetelnie, niemal akademicko, tłumaczy mechanizmy. Wyjaśnia, jakie choroby współistniejące mogą z tym iść w parze, jak biologia splata się z psychiką, dlaczego Twój mózg krzyczy o dopaminę właśnie w formie cukru i tłuszczu. To wszystko prawda, tylko że ja tę prawdę znam z autopsji, a nie potrzebuję potwierdzenia, że mój organizm to skomplikowana maszyna. Potrzebuję instrukcji, jak przestać go psuć co drugi wieczór. Paprocka skupia się na łagodzeniu bólu istnienia, na budowaniu bezpiecznej bańki, w której objadanie się to tylko „trudny mechanizm obronny”. Może i jest to książka, która ma załagodzić poczucie winy, ale mam nieodparte wrażenie, że to takie głaskanie po głowie w momencie, gdy dom stoi w ogniu. Jasne, miło usłyszeć, że nie jestem zła, że nie jestem leniwa, że to chemia mózgu. Ale co mi po tej wiedzy, gdy ręka sama sięga po paczkę chipsów? Autorka proponuje budowanie nawyków żywieniowych jako antidotum na chaos, co w przypadku osoby z ADHD brzmi jak ponury żart. Dla nas „budowanie nawyków” to proces, który rozpada się przy pierwszym zgubionym kluczu albo przy zbyt głośnym dźwięku kosiarki u sąsiada. Tutaj zabrakło mięsa, zabrakło konkretnych wskazówek dla ludzi, którzy nie żyją w sterylnym świecie spokojnej autorefleksji, ale w centrum emocjonalnego cyklonu. Ciągłe powtarzanie mantry o nielinczowaniu się staje się po pewnym czasie irytujące, bo sugeruje, że problemem jest nasza reakcja na objadanie się, a nie sam fakt, że niszczymy sobie zdrowie i samopoczucie. To jest ta klasyczna psychologiczna pułapka współczesnych poradników – bądź dla siebie dobra, zaakceptuj siebie, nie oceniaj. Ale jak mam nie oceniać sytuacji, w której tracę kontrolę nad własnym ciałem?
Autorka próbuje być tak bardzo delikatna, żeby nikogo nie urazić i nie pogłębić traumy, że w efekcie jej przekaz staje się rozmyty i mdły. Brakuje w tej książce uznania, że kompulsywne jedzenie to często brutalna walka, a nie tylko kwestia braku czułości dla samej siebie. Kiedy czytałam o tych wszystkich mechanizmach i chorobach, czułam się, jakbym oglądała film dokumentalny o kimś innym, choć przecież opisano tam moją codzienność. To paradoks – wiedzieć wszystko o swoim problemie i jednocześnie nie dostać ani jednego narzędzia, które przetrwałoby starcie z rzeczywistym atakiem głodu emocjonalnego. Jeśli szukasz w tej lekturze pocieszenia i chcesz usłyszeć, że Twoje kompulsy sprawiają, że jesteś po prostu „wyjątkowo wrażliwa”, to pewnie będziesz zachwycona. Ale jeśli, tak jak ja, masz już dość budzenia się z „cukrowym kacem” i wyrzutami sumienia, które są większe niż Twój apetyt, to ta książka Cię rozczaruje. Bo prawda jest taka, że od samego nielinczowania się nawyki żywieniowe nie wyrosną jak grzyby po deszczu. One wymagają twardej struktury, której Paprocka nie oferuje, woląc zostać w bezpiecznej strefie teoretycznych rozważań. To jest właśnie ten moment, kiedy włącza się mój bezpiecznik: ta książka jest zbyt ładna, zbyt estetyczna i zbyt grzeczna, by mogła pomóc komuś, kto wieczorami toczy wojnę domową z własnym cieniem przy otwartej lodówce. Możemy sobie tłumaczyć mechanizmy do rana, możemy cytować badania o dopaminie, ale dopóki jedyną radą jest „zbuduj nawyki”, to równie dobrze mogłybyśmy czytać horoskopy. Brakuje tu uznania dla absurdu tej sytuacji – tego, jak komicznie i tragicznie jednocześnie wygląda dorosła kobieta, która próbuje kolą popić wstyd po zjedzeniu zapasu słodyczy na cały tydzień.
Paprocka pisze o tym, jakby to był delikatny kłopot z nastrojem, a nie destrukcyjny nałóg, który potrafi zdemolować pewność siebie na lata. Dlatego ta recenzja nie będzie pochwalna. Nie potrzebujemy więcej wyrozumiałości, która rozgrzesza nas z braku działania. Potrzebujemy kogoś, kto powie: „Tak, to, co robisz, jest bez sensu, niszczy Cię i oto jak możesz spróbować to przerwać, nawet jeśli Twój mózg z ADHD podpowiada Ci coś zupełnie innego”. Zamiast konkretu dostałyśmy watę cukrową – jest puszysta, różowa i znika po pierwszej sekundzie kontaktu z rzeczywistością. I tak jak po prawdziwej wacie cukrowej, po lekturze zostaje tylko lepki niesmak i świadomość, że znowu dałyśmy się nabrać na obietnicę łatwego rozwiązania, które polega na tym, by „po prostu przestać się linczować”. Tylko że lincz to nie jest wybór, to reakcja obronna na bezradność, której ta książka ani nie rozumie, ani nie potrafi uleczyć. Można przeczytać, żeby wiedzieć, co nauka mówi o naszych przypadłościach, ale nie licz na to, że po ostatniej stronie Twoja relacja z lodówką nagle stanie się partnerska. Dalej będziesz tam stać, dalej będziesz czuć ten impuls, a książka będzie leżeć na półce jako kolejny dowód na to, że teoria rzadko kiedy radzi sobie z praktyką życia w ciągłym emocjonalnym niedosycie.
I to jest chyba najbardziej ironiczne – napisać książkę o objadaniu się, która sama w sobie jest tak jałowa, że po jej przeczytaniu masz ochotę iść do kuchni i zjeść coś konkretnego, bo te 1500 słów o nielinczowaniu się tylko podbiło Twój apetyt na prawdziwą zmianę, której tu nie znajdziesz. Pozostaje nam więc dalej walczyć z tymi naszymi adhd-owymi demonami, wiedząc już, że nikt nas nie uratuje za pomocą ładnie sformułowanych zdań o akceptacji. Musimy same znaleźć sposób na te wieczorne maratony z czekoladą i czipsami, bo Marcelina Paprocka najwyraźniej nigdy nie poczuła tego specyficznego pieczenia w przełyku, które miesza się ze smakiem koli i goryczą porażki, której żadne „nie linczuj się” nie jest w stanie osłodzić. To jest ten mniej estetyczny, ale prawdziwy obraz walki, o którym ta książka milczy, pudrując rzeczywistość warstwą psychologicznej poprawności, która w starciu z realnym problemem okazuje się być tylko kolejnym, pustym wypełniaczem czasu między jednym napadem a drugim.
