Zaczęło się. Jesienne chłody wtargnęły w moje życie bez zaproszenia, jak nieproszony wujek, któremu zawsze wolno za dużo i nigdy nie rozumie, kiedy przestać. Wyciągnęłam więc moją puchatą kurtkę marki Naoko, ową ikonę modowego absurdu, która kosztowała mnie tyle, że dziś zastanawiam się, czy nie była to inwestycja w akcje bankructwa. Trzeci sezon z rzędu noszę ją z podszewką w stanie agonalnym – dziurawą jak ser szwajcarski, z tym że w tym przypadku dziury skutecznie chłodzą moje plecy. Reklamacja? Po co tracić siły na biurokratyczne szachy, jak można mieć darmową terapię frustracji na zimno? Kocham tę kurtkę, ale ona mnie już nie kocha – to toksyczny związek na ogniu jesieni.
Zaczęło się też katarzenie, smarkanie i kichanie – repertuar, który trwa od stycznia, lecz jesień postanowiła dodać mu nową, pełną pasji dynamikę. Czuję się, jakbym prowadziła niekończącą się kampanię promującą używanie chusteczek – kadencja bez końca, niemalże wyborcza. Szymi już też osłabiony, a Oski rozwala system, bo on do szkoły, a Szymon ma krótką regenerację w domu.
Nie zapominajmy o słońcu – czyli naszym ulubionym iluzorycznym przyjacielu, który znika szybciej niż moje nadzieje na wiosenną dietę. Lato zniosłam z godnością zawodowej pokorniczki, która traktuje deszcz i chmury z równą sympatią – czyli żadną. Teraz łapiemy ostatnie promienie słońca jak narkomani swoje dawki, bo listopad oznacza cofnięcie się do epoki kamienia łupanego, gdzie słońca było tyle, co pustych obietnic po wyborach.
W mojej jesiennej apteczce nie może zabraknąć całego arsenału: chusteczek, herbat z cytryną, imbiru, kurkumy, miodu i witaminy C. Wyobrażam sobie, że powinnam wystąpić w reklamie suplementów – „Zostań mistrzem jesiennych katarów z naszą mieszanką cudu i bezsilności”. Przyroda idzie spać, dni są krótsze, wieczory dłuższe, a ja marzę o dniu, kiedy termostat w moim domu zacznie działać tak, jak powinien, a nie jak w układzie anty-grzejnik.
Mam wrażenie, że temperatura w moim mieszkaniu spadła do poziomu Alaski, a ja dopiero uczę się przetrwania w warunkach subarktycznych. Grube skarpety, szlafrok i termofor to mój podstawowy ekwipunek – gdy je wyciągam z szafy, czuję się jak alpiniści przygotowujący się do wejścia na Mount Everest, tyle że mój Everest to… salon. Jesień to dla mnie chrzest bojowy w segregowaniu garderoby i negocjacjach z własnym komfortem.
Prawdę mówiąc, kalendarzowa jesień na mojej skórze odbija się niczym stary sitcom – jest śmiesznie, a zarazem trochę tragicznie. „Jesieniara” we mnie krzyczy: „More, więcej sezonowych liści i dyniowej herbaty!” A ciało woli kapsułki ciepła w każdej postaci.
Na szczęście mam wsparcie – Kapelusznika. Jego ramiona to mój prywatny system grzewczy, a oddech ciepły niczym fala gorącej czekolady. Bez niego byłoby mi zimno, pusto i… cóż, trochę bez sensu. Jest jak kawałek lata w środku zimy – przypomina o tym, że mimo chłodu i katarów, jakie przychodzą z jesienią, można znaleźć coś, co trzyma nas w pionowej postawie.
Lato minęło z prędkością światła, a ja ledwo zauważyłam, kiedy przestał padać deszcz i zaczęły lecieć liście. Jesień za to będzie pewnie ciągnąć się jak tasiemiec, bez szansy na rychłe zakończenie. I choć marzę o tym, żeby zima przyszła z pięknym śniegiem i mrozem, dostanę kolejny sezon szarości z odcieniem smutku i mnóstwem zawiesiny kurzu w powietrzu.
Jesienny survival to dla mnie sztuka, którą opanowałam do perfekcji. Kiedyś marzyłam, by móc wziąć ciepłą kąpiel i zaszyć się pod kocem – teraz to raczej plan dnia. Jesień to nie jest pora roku dla mięczaków – to walka, na którą nie każdy ma siłę. Więc zróbmy wszystkim przysługę i przynajmniej udawajmy, że nam się chce.
No i tak, ze śmieszno-gorzkim uśmiechem, kroczę przez trzeci sezon w kurtce-podobnym do boju, ścierając podszewkę o własną ambicję i katar. I to jest mój jesienny rytuał – kocham tę porę roku, mimo że ona mnie ignoruje.
A wy? Jak radzicie sobie z jesienną apokalipsą? Macie swój sposób na przetrwanie, czy po prostu czekacie na wiosnę – najlepiej pod kocem i z kubkiem czegoś, co ratuje życie?
