Gdy słyszy się o kobietach, które latami tkwią w toksycznych, przemocowych lub po prostu głęboko nieszczęśliwych małżeństwach w prowincjonalnych miasteczkach, łatwo unieść brew w geście moralnego oburzenia, bo przecież można spakować walizkę, wziąć rozwód i zacząć wszystko od nowa. Tak, jasne, zwłaszcza jeśli „od nowa” oznacza portfel wypchany pajęczyną i perspektywę spania pod mostem, bo lokalny rynek pracy wita kobiety z otwartymi ramionami, o ile akurat potrzebuje taniej siły roboczej do najprostszych prac fizycznych, gdzie kręgosłup wysiada po pierwszym tygodniu. Sztum i setki podobnych mniejszych ośrodków w Polsce to miejsca, gdzie demografia, wykluczenie komunikacyjne i bezwzględna ekonomia tworzą dla kobiet pułapkę bez wyjścia. Oficjalne statystyki Powiatowego Urzędu Pracy w Sztumie pokazują stopę bezrobocia w granicach 5,8–6,8%, jednak to zaledwie wierzchołek góry lodowej, ponieważ szczegółowe dane Głównego Urzędu Statystycznego oraz analizy Instytutu Badań Strukturalnych regularnie wskazują, że w mniejszych ośrodkach to właśnie kobiety stanowią zdecydowaną większość osób bezrobotnych oraz biernych zawodowo. Alternatywą dla własnego kąta i psychicznej niezależności staje się tu najczęściej perspektywa klepania jawnej, spektakularnej biedy, w której codzienna kalkulacja kosztów opałowych, czynszu i podstawowego jedzenia przeraża bardziej niż kolejna domowa awantura i rzucane w twarz obelgi.
Oczywiście w każdej gminie istnieje lokalna elita, która tego dramatycznego problemu zupełnie nie zna, bo wystarczy mieć odpowiednie polityczne plecy, legitymację właściwej opcji lub odpowiednie skoligacenie z decydentami, by bezobjawowo przetrwać w urzędzie lub innej instytucji publicznej. Wiem o tym aż za dobrze, bo rok pracy w instytucji publicznej dał mi unikalną okazję, by z bliska podglądać i zobaczyć, jak wygląda praca tych rzekomych „elit” – bo umówmy się, to oni sami o sobie tak myślą, obnosząc się ze swoim domniemanym prestiżem na każdym kroku. Widziałam na własne oczy, jak niektórzy z nich po prostu udają, że pracują, godzinami celebrując kawę, plotki i fikcyjne obowiązki, a jednocześnie potrafią być niesamowicie opryskliwi zarówno dla interesantów szukających pomocy, jak i dla współpracowników, kierując się obrzydliwą zasadą „bo mogę”. Tu lata lecą niepostrzeżenie, pensja wpada na konto pierwszego dnia miesiąca.
Dla reszty kobiet rynek pracy na prowincji ma ofertę z pogranicza czarnego humoru, zwłaszcza gdy spojrzymy na twarde dane makroekonomiczne – podczas gdy ogólnokrajowe przeciętne wynagrodzenie w sektorze przedsiębiorstw oscyluje w granicach 9,3–9,5 tysiąca złotych brutto, realne zarobki w małych miasteczkach szorują w okolicach płacy minimalnej wynoszącej w tym roku 4806 zł brutto, a mediana płac dla kobiet na prowincji bywa jeszcze niższa. Lokalni przedsiębiorcy z uporem maniaka powtarzają tę samą wyuczoną mantrę o kolejce chętnych na jedno miejsce, a głęboko zakorzenione przekonanie, że pracownik powinien całować szefa po rękach za najniższą krajową i udowadniać swoją darmową użyteczność od świtu do nocy, ma się w najlepsze. Sytuację tę pogłębia fakt, że mężczyznom na prowincji obiektywnie łatwiej znaleźć jakiekolwiek zatrudnienie, co potwierdzają badania rynku pracy i raporty GUS oraz Urzędów Pracy. Wynika to przede wszystkim ze struktury lokalnej gospodarki, w której dominują tradycyjne sektory oparte na pracy męskiej – budownictwie, transporcie, logistyce czy przemyśle przetwórczym. Z kolei sektory usługowe, edukacyjne czy administracyjne, w których statystycznie częściej zatrudniane są kobiety, są w mniejszych gminach silnie nasycone, a wakaty pojawiają się tam niezwykle rzadko. Dodatkowo, jak pokazują analizy m.in. Polskiego Instytutu Ekonomicznego, kobiety wciąż ponoszą główny ciężar nieodpłatnej pracy opiekuńczej nad dziećmi i osobami zależnymi, co przy braku dobrze rozwiniętej infrastruktury opiekuńczej na wsiach i w małych miasteczkach drastycznie ogranicza ich mobilność zawodową i gotowość do podjęcia pracy zmianowej lub w oddalonych ośrodkach.
Sytuację tę drastycznie pogarsza skumulowany kryzys ekonomiczny ostatnich trzech lat. Gwałtowny wzrost cen żywności, energii elektrycznej, paliw i rosnących lawinowo kosztów utrzymania mieszkań z lat 2023–2025 oraz utrzymująca się inflacja skutecznie zjadły i tak skromne oszczędności Polaków, przez co samodzielne utrzymanie się z jednej, małej pensji graniczy z cudem. Pracodawcy w mniejszych miejscowościach nie mają zwyczaju nagradzania lojalności ani podnoszenia wynagrodzeń wyszkolonym pracownikom, wychodząc z cynicznego założenia, że w okolicy nikogo nie stać na kaprysy i niezależność, a mobilność zawodowa kobiet jest dodatkowo sparaliżowana brakiem perspektyw. Kiedy kobieta próbuje nieśmiało upomnieć się o podwyżkę, znacznie szybciej słyszy, że drzwi są szeroko otwarte, bo na jej miejsce w każdej chwili przyjdzie ktoś inny, co w realiach sztumskiego rynku pracy z gigantyczną przewagą bezrobocia rejestrowanego wśród kobiet nad mężczyznami jest czystą fikcją i bezdusznym ekonomicznym szantażem.
Dlaczego więc kobiety nie odchodzą? Bo potrafią doskonale liczyć, a decyzja o odejściu w takich warunkach to nie żaden kaprys z filmu obyczajowego, tylko desperacki skok ze spadochronem szytym w locie z wątpliwej jakości szmatek. Wynajem czegokolwiek na wolnym rynku w małym mieście jest możliwe, ale wymaga cierpliwości. Jednak zdolność kredytowa osoby zarabiającej najniższą krajową na prowincji po prostu nie istnieje. Łatwo moralizować o godności z pozycji bezpiecznego zaplecza finansowego, trudniej zachować twarz, gdy wybór stoi między psychicznym zajeżdżaniem w toksycznym małżeństwie a realnym głodem i eksmisją na bruk. Czy warto? Kto raz poczuł smak wolności, choćby popijanej najtańszą kawą w wynajętym, zimnym pokoju, wie, że nawet najgorszy własny kąt smakuje lepiej niż złota klatka z panem i władcą na włościach, tylko wielka szkoda, że państwo w XXI wieku wciąż funduje kobietom na prowincji tak bezwzględne testy przetrwania. Przecież zawsze można liczyć na tradycyjne wartości, poczucie misji i order z ziemniaka od lokalnego proboszcza, które – jak wiadomo – idealnie nadają się do opłacenia rachunku za prąd i posmarowania chleba margaryną.
Źródła danych i materiały odniesienia:
- Główny Urząd Statystyczny (GUS) – oficjalne publikacje o aktywności ekonomicznej ludności, strukturzie bezrobocia ze względu na płeć oraz przeciętnym wynagrodzeniu w sektorze przedsiębiorstw.
- Powiatowy Urząd Pracy w Sztumie – lokalne statystyki rynku pracy, struktura bezrobocia rejestrowanego i zestawienia ofert zatrudnienia z podziałem na płeć.
- Polski Instytut Ekonomiczny oraz Instytut Badań Strukturalnych – raporty i analizy dotyczące barier zawodowych kobiet, bierności zawodowej na terenach wiejskich i miejsko-wiejskich oraz wpływu obowiązków opiekuńczych na zatrudnienie.
