Kalendarz listopadowych wzlotów i upadków

Listopad i ja – duet idealny, o ile przez idealność rozumiemy szarość nieba idealnie dopasowaną do mojego nastroju. Spoglądam w deszczowe okno, które za nic ma nasze plany na słońce, a ja z kolei przytulam się do melancholii, tej ciężkiej, jak nie do końca wysuszona kołdra z zeszłego sezonu. Mówią, że koniec roku przynosi nową energię i zapach świąt, ale u mnie to raczej stała tradycja wylegiwania się w stanie emocjonalnego kryzysu – trochę jak coroczny świąteczny serial, który znam na pamięć, choć wolałabym inaczej.

Dni mijają, a ja zatapiam się w myślach o minionych miesiącach, które postanowiły udekorować moje wewnętrzne pejzaże jak te najnudniejsze tapety, ani za ciepłe, ani za lekkie. W tym mentalnym kokonie nie ma miejsca na lekkość, jest za to sporo tej szarości i zmęczenia. Próbuję uciec od tych ciężkich czasów, odgonić niskie wibracje, ale jak to z duchowymi czarami – trudniej niż przypuszczałam! Pochodzę jak zjawa po własnym domu, szukając choćby przez moment tej błyskotliwej iskry, która pozwoliłaby zapomnieć o listopadowej otchłani.

Coraz częściej się zastanawiam, czy to ja jestem jakaś wrażliwa, czy po prostu świat dookoła stał się bardziej zajęty sobą. Brakuje życzliwości, a ludzie coraz częściej zdają się podążać własnymi ścieżkami, zapominając, że obok idzie ktoś jeszcze. Strach miesza się z egoizmem, a dorosłość to nie tylko poważne miny, ale przekazywanie tego bałaganu emocji dzieciom, które bezrefleksyjnie przesyłają go dalej. W efekcie świat kipi od negatywnych uczuć, które w przestrzeni stają się jak błoto, w którym taplają się dusze spragnione spokoju i równowagi. I co? I kręcimy się w tym wszystkim jak w niewidzialnym błędnym kole.

No właśnie, może to listopad zrobił nam wszystkim psikusa? Zasłaniając słońce swoją mokrą, szarą zasłoną, sprawia, że trudniej dostrzec blask w codziennym życiu. A my? Obracamy się w fałszu, gubimy się w złości i niespełnionych oczekiwaniach, bo przecież na czymś trzymać trzeba emocje. Jednocześnie próbujemy się oszukać, że to tylko chwilowy stan, że zaraz pojawi się słońce, że zaraz poczujemy lekkość i radość. Tylko że listopad nie spieszy się z takimi prezentami.

Z sarkazmem i uśmiechem na przekór, pozostaje mi przyjąć tę całą listopadową rzeczywistość, popijać gorącą herbatę większymi łyczkami i chować się w ciepłych ramionach, które jakiś czas temu mnie znalazły. Bo kto wie, może dopiero marzec przyniesie mi moment, kiedy przestanę wyglądać jak logo listopada? Dziś jednak pozwolę sobie na więcej ironii niż optymizmu, bo takie moje listopadowe prawo natury.

Dodaj komentarz