Stało się. W moje ręce wpadła trzecia już część serii „City Break” od wydawnictwa Bezdroża – tym razem padło na Hiszpanię autorstwa Mai Opałki. I choć mogłabym udawać, że szukam w literaturze podróżniczej wyłącznie egzystencjalnych uniesień i opisów mchu na północnych stokach Pirenejów, prawda jest brutalna: potrzebuję konkretów, żeby nie zmarnować weekendu na szukanie przystanku, którego nie ma. Ta seria ma to do siebie, że – o dziwo – nie zawodzi. Jeśli myśleliście, że po dwóch poprzednich tomach autorzy spoczną na laurach i zaczną lanie wody, to mam dla Was złą wiadomość: Hiszpania w tym wydaniu to rasowy przewodnik, który nie bierze jeńców, a masa urzekających zdjęć sprawia, że czytanie zamienia się w seans tortur – w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Patrzysz na te wąskie uliczki Sewilli, na surowe wybrzeża północy czy modernistyczne cuda Barcelony i czujesz fizyczny ból, że w tej chwili Twoim jedynym widokiem jest ekran monitora i rachunek za prąd. Fotografie nie są tu tylko zapychaczem stron; one budują klimat, nastroje i – co najważniejsze – nie są wyretuszowane do granic absurdu. Pokazują Hiszpanię taką, jaka jest: żywiołową, kolorową i momentami cudownie chaotyczną.
To, co uderza w tej książce od pierwszych stron, to szacunek do odrębności. Często myślimy o Hiszpanii jak o jednym, wielkim monolicie: słońce, tapas, flamenco i „mañana”. Maja Opałka skutecznie wybija nam to z głowy, dając każdemu z dwudziestu regionów jego „pięć minut” na podkreślenie własnej tożsamości. Bo przecież Kastylia to nie Andaluzja, a Kraj Basków ma tyle wspólnego z wybrzeżem Costa del Sol, co ja z cierpliwością do wiązania butów przez dwunastolatka o siódmej rano. Dzięki takiemu podejściu dowiadujemy się, że Hiszpania to w rzeczywistości mozaika kultur, języków i temperamentów. Każdy rozdział to inna opowieść, inne spojrzenie na historię i lokalne dumy. Sposób podania tych informacji – lekki, ale gęsty od faktów – sprawia, że masz ochotę rzucić wszystko w cholerę, zostawić niedopitą kawę i jechać wpizdu, by przeżyć swoją hiszpańską przygodę. Albo przeżywać ją na okrągło, bo ta książka udowadnia, że jeden wyjazd to jedynie polizanie cukierka przez papierek.
I tu dochodzimy do mojego absolutnie ulubionego punktu programu, czyli działu „Na talerzu”. To jest, proszę Państwa, czyste, rafinowane zło. Każdy opis regionu kończy się listą charakterystycznych dań, które kuszą opisami tak sugestywnymi, że ślinka cieknie na samą myśl o gazpacho czy pimientos de Padrón. Autorka nie ogranicza się do wymienienia nazw – ona tłumaczy, dlaczego dany region smakuje tak, a nie inaczej, a zdjęcia potraw są tak realistyczne, że niemal czuć zapach oliwy i czosnku. To nie jest poradnik „jak przeżyć”, to instrukcja „jak skonsumować region i nie żałować ani jednej nadprogramowej kalorii”. Czytanie tej sekcji na głodniaka powinno być ścigane z urzędu jako znęcanie się nad czytelnikiem. Treściwe opisy miejsc i praktyczne wskazówki to fundament tej książki. Dowiesz się, jak dojechać, co pominąć, a gdzie wejść bocznymi drzwiami, żeby nie utknąć w kolejce z grupą wycieczkową z drugiego końca świata. To idealny „starter pack” dla początkujących podróżników, którzy boją się, że zginą w gąszczu obcych napisów, ale też dla tych bardziej wprawionych, którzy szukają świeżej inspiracji na szybki city break.
Oczywiście, żeby nie było zbyt różowo i landrynkowo – muszę wbić szpilę w sekcję noclegową. Autorzy w swoich propozycjach hoteli i apartamentów celują w rejony cenowe, które sugerują, że albo właśnie wygrałam w totka, albo mam sponsora z rodu hiszpańskich grandów. Jeśli nie uśmiecha Wam się płacenie za jedną noc równowartości małego samochodu, szukajcie noclegów na własną rękę. Moje poczucie ekonomii i zdrowy rozsądek zdecydowanie bardziej lubią ceny „dla ludzi”, a nie dla szejków na wakacjach. Książka podaje solidną bazę, ale booking i tak pozostaje Waszym najlepszym przyjacielem, jeśli chcecie mieć za co kupić te wszystkie pyszności z działu kulinarnego. Podsumowując – polecam każdą książkę z tej serii. Są solidne, pięknie wydane i dają realną wartość, a nie tylko lanie wody o „magicznych zachodach słońca”. Hiszpania w wersji city break to zaproszenie do przygody, której nie da się odmówić. A skoro o planowaniu mowa… melduję, że mój egzemplarz „Włochy City Break” ma już solidnie pozaginane rogi. Niedługo sprawdzę rzymskie bruki na własnych nogach i stawach skokowych. Przygotujcie się, bo z rzymskiej wyprawy nie omieszkam zdać Wam szczegółowego sprawozdania. Zobaczymy, czy rzymska rzeczywistość przystaje do papierowych obietnic, czy może skończy się na ironicznej tyradzie o smaku kawy za milion euro i walce o przetrwanie przy Fontannie di Trevi. Stay tuned, Hiszpania była tylko przystawką!
