W naszych szkolnych podręcznikach historia Polski zaczyna się jak niskobudżetowy scenariusz, w którym ktoś nieudolnie próbuje sklecić narrację z resztek przypadkowych skrawków. Wchodzimy w kadr w roku 966, Mieszko wchodzi do basenu, wychodzi – i voilà! – mamy państwo. Cały ten proces formowania się struktur, brutalne wyrzynanie konkurencji i polityczne szachy zamieniono nam na magiczny moment: „cyk, chrzest i gotowe”. Jakby państwowość była produktem w proszku, który wystarczy zalać wrzątkiem, żeby wyrosły nam katedry i administracja.
Przemysław Urbańczyk, chyba jako jeden z niewielu badaczy, ma odwagę wyłączyć to szkolne światło i pokazać, że za tą lukrowaną datą kryje się po prostu brudny polityczny pragmatyzm. Jego dwutomowe dzieło „Korzenie Polski” to bezlitosna konfrontacja ze źródłami, która miażdży nasze narodowe mity. Co najważniejsze, autor robi to językiem zaskakująco przystępnym, prowadząc nas przez meandry dziejów aż do sławetnego dokumentu Dagome iudex – aktu, o którym w ówczesnej Europie nie wiedział nikt poza samymi zainteresowanymi, a który z perspektywy czasu urósł do rangi fundamentu państwa.
Przywykliśmy do myśli, że bycie Słowianinem to genetyczne przeznaczenie. Urbańczyk wbija szpilę w ten balon: Słowianie zostali „wyprodukowani” przez zbieg przypadków historycznych. Globalny kryzys klimatyczny w VI wieku zmusił mieszkańców dużych obszarów do uproszczenia systemów społeczno-gospodarczych, hegemonistyczna polityka Awarów wypromowała język słowiański, a bizantyjska dyplomacja… wymyśliła nazwę. W tym ujęciu „Polska” nie jest owocem narodowego przebudzenia, ale pragmatycznym produktem ubocznym europejskiego chaosu. Ale najciekawsze zaczyna się, gdy Urbańczyk bierze na warsztat samą dynastię Piastów. Zapomnijcie o bajce, w której lud masowo rzucał czapki w górę, wybierając Piastów na swoich władców. Autor bezlitośnie wskazuje, że nie było żadnego „kmiecia Piasta”, którego syna na tron wyniósł lud. To był czysty zamysł wizerunkowy – Piastowie musieli stworzyć mit, by móc deklarować, że są „przyrodzonymi panami” (tak pisał Gall Anonim) Polaków.
Skąd zatem wzięła się ich potęga? Prawdopodobnie Piastowie byli spokrewnieni z ostatnimi władcami państwa wielkomorawskiego, pierwszego państwa Słowian zachodnich. Nie było żadnej wielkiej Lechii ani zjednoczenia wielkich plemion w imię wzniosłych ideałów. Byli to potomkowie, którzy biorąc przykład ze Świętopełka I (971–994) i wiedząc doskonale, jak „rozkręcić” biznes niewolników, zaczęli zdobywać wpływy, jednoczyć terytoria i rosnąć w siłę. Handel żywym towarem, wojna i polityczna hucpa – to był fundament, na którym wyrastało nasze państwo, a nie wspólne śpiewanie pieśni przy ognisku.
W tej całej męskiej, brutalnej układance autor nie zapomina o kobiecym pierwiastku – poświęca osobny rozdział roli kobiet w polityce tego okresu, co jest świetnym dopełnieniem obrazu ówczesnej władzy. Urbańczyk obdziera naszych „ojców narodu” z szat królewskich i pokazuje ich w roboczych strojach – z liczydłem w jednej ręce i mieczem w drugiej. I o ile szkolny podręcznik każe nam przed nimi klękać, o tyle po lekturze „Korzeni Polski” zaczynamy patrzeć na nich jak na pierwszych polskich biznesmenów.
To nie jest książka tylko dla historyków. Uważam, że jest to literatura obowiązkowa dla wszystkich miłośników historii, ale przede wszystkim dla tych, którzy wciąż rozprawiają o Wielkiej Lechii czy „słowiańskiej duszy”. To idealny kubeł zimnej wody dla każdego, kto ma śmiałość wygłaszać kategoryczne sądy o początkach naszego kraju, nie znając nawet podstawowych realiów epoki.
Cała ta martyrologiczno-polityczna szopka osiąga jednak swoje apogeum w kwestii samej daty chrztu. Aktualna wiedza archeologiczna wskazuje, że w centrum państwa piastowskiego chrześcijanie mogli mieszkać jeszcze przed 966 rokiem, co czyni obecną datę „chrztu Polski” mitem o kant potłuc. Historia nie zna przypadku, w którym pogański władca buduje świątynię chrześcijańską przed swoim chrztem. A 14 kwietnia 966 roku? Nasi wspaniali politycy uznali, że Wielka Sobota to jedyny słuszny dzień na historyczny moment i chrzest całego kraju. Specjaliści mówili, że nie ma na to dowodów, ale cóż – tak to już jest, gdy politycy myślą, że wiedzą wszystko, a w rzeczywistości nie wiedzą nic. Oczywiście, można dalej wierzyć w bajkę o tym, jak to z miłości do chrześcijaństwa zbudowaliśmy potęgę, ale to trochę jak wierzyć, że Mieszko miał czas na przemyślenia duchowe, podczas gdy musiał pilnować, żeby mu sąsiedzi w nocy nie spalili chaty. Urocze, naiwne i całkowicie niezwiązane z rzeczywistością, ale za to jak pięknie wygląda na akademii szkolnej z okazji Święta Niepodległości.
Przyjemnie jest wierzyć w legendy, gdzie wszystko ma sens, a nasze państwo powstało z miłości do ziemi. Ale niestety, rzeczywistość – jak pokazuje Urbańczyk – była znacznie bardziej prozaiczna: trochę strachu, sporo wyrachowania i bardzo dużo przypadku. Przykro mi, że niszczę komuś dzieciństwo, ale historia nigdy nie była grzeczną dziewczynką – zawsze miała krew na rękach. Więc jeśli wciąż marzycie o pięknej opowieści o powstaniu państwa, lepiej nie sięgajcie po Urbańczyka – możecie się boleśnie rozczarować, odkrywając, że za „tysiącletnią tradycją” stał po prostu dobrze zorganizowany handel ludźmi. Ale hej, przynajmniej teraz wiadomo, skąd wzięła się ta nasza słynna polska smykałka do interesów, prawda?
Na koniec niespodzianka od wydawnictwa PWN
Kod rabatowy PAULA to 25% zniżki od cen katalogowych na książki PWN dostępne na ksiegarnia.pwn.pl. Nie łączy się z innymi zniżkami. Kod ważny do 31.07.
