Przyznaję, że po ostatnich doświadczeniach z literaturą, która zamiast dawać odpowiedzi, serwuje mi „zadania domowe”, podchodziłam do pozycji Nicole J. Sachs „Ciało mówi. Umysł słucha” z ogromnym dystansem. Miałam dosyć analizowania każdego wspomnienia z przedszkola i czułam, że zamiast leczenia otrzymuję zestaw „szufladek” na życie. Jednak ta lektura, choć wymaga od czytelnika sporego zaangażowania, okazała się czymś zupełnie innym niż poprzednie poradniki, które szybko wylądowały w kącie.
Największą zaletą tej publikacji jest jej pragmatyzm. Sachs nie marnuje czasu na teoretyczne, rozwlekłe dywagacje; oferuje konkretne narzędzie – JournalSpeak. To metoda pisania, która nie ma być ćwiczeniem literackim, ale fizycznym wyrzuceniem z siebie stłumionych emocji: wściekłości, lęku czy żalu. Mózg, zamiast pozwolić nam je świadomie przeżyć, przekuwa je na przewlekłe dolegliwości fizyczne. To podejście wreszcie daje prawdziwą sprawczość. Zamiast czuć się jak pacjent, którego trzeba nieustannie naprawiać w gabinecie specjalisty, zaczynasz rozumieć, że możesz nauczyć się obsługi własnego układu nerwowego.
Tekst ma w sobie niezwykłą moc, bo zdejmuje z nas ciężar bycia „zepsutym”. Autorka przekonuje, że jeśli standardowe badania nie wykazują groźnych uszkodzeń czy infekcji, dolegliwości niemal na pewno mają podłoże w emocjonalnej „pracy” umysłu, a nie w uszkodzeniu tkanki. Dla kogoś, kto latami biega po lekarzach, to brzmi jak wyzwolenie. Język Sachs jest bezpośredni, czasami wręcz konfrontacyjny, dzięki czemu skomplikowane procesy psychosomatyczne stają się zrozumiałe bez medycznego słownika w ręku. Wyjście z bólu traktuje nie jako proces medyczny, ale jako zestaw umiejętności (skillset), których trzeba się po prostu nauczyć.
Pauli’s fuse: Oczywiście, żeby nie było zbyt różowo – to nie jest pozycja dla osób szukających magicznej pigułki, która załatwi sprawę w pięć minut. Jeśli oczekujesz, że dyskomfort zniknie od samego czytania przy kawie, muszę Cię rozczarować. Sachs wymaga „brudnej roboty” w postaci JournalSpeak. Dla mnie to kolejny emocjonalny ciężar, i choć widzę ogromne zalety tego podejścia, nie zawsze mam ochotę na takie wycieczki w głąb siebie. Ale hej – przynajmniej nie jest to kolejna książka, która próbuje mnie na siłę wtłoczyć w sztywne ramy „stylu charakteru” czy teorii z kapelusza.
Czy ta pozycja mi pomogła? Powiedzmy, że przynajmniej przestałam traktować ból jako osobistego wroga, a zaczęłam widzieć w nim sygnał, którego nie chcę już dłużej zagłuszać. Jeśli szukacie holistycznego spojrzenia na zdrowie i chcecie przestać być ofiarami własnych diagnoz, warto po nią sięgnąć. Tylko ostrzegam – przygotujcie dużo chusteczek i sporo cierpliwości. Praca z własnym umysłem nigdy nie jest łatwą przeprawą, ale tutaj masz realne poczucie, że trzymasz w ręku narzędzia, a nie tylko ładnie wydaną teorię. Zdecydowanie wolę podróż w przeszłość i zajmowanie się dzieciństwem pod okiem profesjonalisty – jeśli oczywiście komukolwiek udałoby się mnie do tego nakłonić, a uwierzcie, nie jest to dla mnie łatwa sprawa. Może ta książka to kompromis, na który byłam w stanie przystać?
