Daniel Odija i wielkie wietrzenie narodowej szafy: dlaczego siła kobiet wciąż nas dziwi?

Zawsze ceniłam ludzi z pasją, a już na pewno takich, którzy potrafią dostrzec kobietę i jej siłę bez konieczności sprawdzania, czy aby na pewno ma dobrze zawiązany fartuszek i czy obiad nie przywiera do garnka. Szukając literackich warsztatów, wpadłam na ofertę Daniela Odiji i jego wykład o niezwykłych kobietach. I wiecie co? To było jak uchylenie okna w pokoju, w którym od dwustu lat nikt nie zmieniał pościeli, bo przecież „tradycja pachnie najlepiej”. Lekki powiew świeżości, w szkolnym wykładzie. Ale. Historia naszego kraju jest nam niby znana – a przynajmniej ta jej wersja, w której panowie w kontuszach albo mundurach prężą muskuły, a my w tle parzymy im herbatę i haftujemy sztandary. Okazuje się jednak, że spora część tej opowieści została zwyczajnie przemilczana, bo komu by tam było na rękę przyznać, że narodowe pomniki mają płeć, która niekoniecznie pasuje do stereotypu „matki Polki” czekającej na progu z naręczem bzów.

​Weźmy taką Marię Konopnicką. Ta od „Roty”, co to „nie rzucim ziemi, skąd nasz ród”, postać niemal spiżowa. W mojej osobistej traumie zapisała się jako ta, co sparowała Marysię z krasnoludkami – serio, te małe stworki to był mój horror z dzieciństwa, do dziś boję się zaglądać pod łóżko. Otóż Maria, nasza narodowa wieszczka, żyła sobie długo i szczęśliwie w związku z inną kobietą, Marią Dulębianką. I co? I dostała od wdzięcznego państwa dworek w Żarnowcu. Można by pomyśleć: „O, jaka hojność!”. Ale znając nasz narodowy pragmatyzm i zamiłowanie do zamiatania wszystkiego, co niewygodne, pod dywan, podejrzewam, że ten dworek to była po prostu bardzo luksusowa szafa. Taka, żeby Maria ze swoją relacją nie obnosiła się za bardzo po salonach wielkich miast, gdzie mogłaby zgorszyć kogoś, kto akurat nie był zajęty planowaniem kolejnego powstania. „Masz tu, Marysiu, chałupę na wsi, siedź tam z tą swoją malarką i pisz o krasnoludkach, tylko nie psuj nam wizerunku heroicznej strażniczki domowego ogniska”. Genialne w swej prostocie, prawda?

​Potem mamy Marię Skłodowską-Curie. Kobieta-instytucja, dwie Nagrody Nobla, a w czasie I wojny światowej – zamiast siedzieć w bezpiecznym laboratorium i mieszać w probówkach – wsiadła w ciężarówki wyposażone w aparaty rentgenowskie (które powstały dzięki jej pracy!). Jeździła na front, szkoliła innych, osobiście robiła prześwietlenia, ratując życie i zdrowie żołnierzy, którzy pewnie w tamtym momencie średnio przejmowali się tym, że dotyka ich kobieta-naukowiec. I co za to dostała od ojczyzny, o której tak pięknie marzyła? Cóż, obywatelstwa polskiego po odzyskaniu niepodległości jakoś nikt jej na tacy nie przyniósł. Może uznano, że skoro już ma te Noble, to po co jej jeszcze polski paszport? Jeszcze by chciała na wybory chodzić i głosować na kogoś innego niż jedyna słuszna opcja.

​Z Ireną Sendlerową jest jeszcze „lepiej”. My, Polacy, obijamy się, celebrując kolejne rocznice przy pomnikach, a tymczasem świat – ten rzekomo „obcy” – tworzy o niej komiksy i filmy. Kobieta uratowała 2,5 tysiąca dzieci. Jeśli weźmiemy pod uwagę mechanizm demografii i fakt, że każde z tych dzieci mogło mieć własne potomstwo, to Irena uratowała pewnie ułamek procenta dzisiejszej populacji świata, co przy miliardach ludzi jest liczbą niemal metafizyczną. U nas za to wciąż ważniejsze jest, czy miała odpowiednie świadectwo z religii albo czy pasuje do aktualnej linii politycznej, zamiast po prostu krzyczeć o Jej odwadze na każdym rogu.

​Dalej w tej galerii mamy Wandę Rutkiewicz, Wisławę Szymborską czy Olgę Tokarczuk. Wrażliwość, determinacja i pasja. Siedziałam na tym wykładzie w bibliotece i myślałam o nas wszystkich. O tych kobietach, które teraz, w tej minucie, siedzą w domu i myślą, że dłużej nie dadzą rady. Ile z nas wątpi w siebie codziennie rano, nakładając makijaż jak zbroję? To chyba nasza natura – to wieczne „czy ja jestem wystarczająco dobra?”. A gdybyśmy tak częściej słuchały o tych, które też wątpiły? Bo umówmy się, Wanda Rutkiewicz pewnie też miała lęk wysokości przed wejściem na Mount Everest, a Szymborska pewnie zastanawiała się, czy ten wiersz o kocie w pustym mieszkaniu nie jest zbyt „babski”. One jednak szły dalej, mimo strachu, a może właśnie dzięki niemu.

​Ile z nas ma dziś odwagę żyć po swojemu, z taką lekką nutką ignorancji dla konwenansów, jaką miała Wisława? Albo z taką determinacją jak Wanda, która na każde „nie dasz rady” odpowiadała kolejnym ośmiotysięcznikiem? Która z nas ma odwagę Skłodowskiej, by wejść w świat zdominowany przez facetów i po prostu zrobić swoje, nie czekając na oklaski? Odpowiedź jest brutalna: Wszystkie. Tylko nie wszystkie potrafimy opanować lęk i ten wszechobecny strach przed tym, co pomyślą mężczyźni. Bo przecież od dziecka uczy się nas, że mamy być „miłe”, „ułożone” i przede wszystkim „ciche”. A prawda jest taka, że te kobiety, o których opowiadał Daniel Odija, sprawiały kłopoty na każdym kroku. I całe szczęście!

​Wykład ten miał moc właśnie dlatego, że wygłosił go pisarz, mężczyzna. To, że facet pochylił się nad kobiecą sylwetką i pokazał nam, że każda z nas może – bez protekcjonalnego poklepywania po ramieniu – jest odświeżające. Niekoniecznie musimy robić to głośno, niekoniecznie musimy przejść do historii na kartach grubych ksiąg. Ale możemy zrobić ten jeden mały krok, by zmienić swój własny świat. Bo umówmy się – jeśli Konopnicka mogła żyć w dworku z przyjaciółką i pisać „Rotę”, to my naprawdę możemy przestać się przejmować opinią sąsiada o naszych „niemoralnych” wyborach życiowych. Zacznijmy od siebie. To najtrudniejsza rewolucja, bo nie ma na nią dotacji z Unii ani dworku od państwa. Ale warto. Choćby po to, żeby krasnoludki wreszcie przestały nas straszyć, a my same przestałyśmy przepraszać za to, że żyjemy.

Dodaj komentarz