Rzymski kac, bezsenność i iskra, która budzi do życia
Piątek przywitał mnie brutalnie. Powrót z Rzymu zaczął się o 1:30 nad ranem czterdziestominutowym spacerem na Termini, żeby zdążyć na autobus na Fiumicino. Szło się długo, ciężko i z nieodpartym wrażeniem gigantycznego kaca, choć w żyłach płynęło tylko zmęczenie. Bilans tych pięciu dni? 100 kilometrów w nogach, ponad 121 tysięcy kroków i spalonych niemal 12 tysięcy kalorii. Po przekroczeniu progu domu padłam jak mucha w gościnne łóżko M. i odpłynęłam na bite trzy godziny. Ale miałam plan. Coś mnie nieustępliwie ciągnęło na premierę książki Beaty Lipeckiej-Płocharskiej. Zebrałam więc swój zmęczony zadek i poszłam, bo czułam, że czeka mnie tam autentyczność, której nie da się podrobić.