Duchowość to temat, który od paru dobrych lat nie schodzi z afisza, stając się towarem równie chodliwym co rzemieślniczy chleb. W księgarniach zalewają nas tytuły o jodze, medytacji i mitycznym „byciu tu i teraz”, a influencerzy na Instagramie sprzedają nam złote lifehacki na temat afirmacji. Przez ten informacyjny szum większość z nas zaczęła wierzyć, że wystarczy coś wypowiedzieć do lustra, by nabrało mocy i wróciło w najbliższy wtorek z workiem cudów, którymi wykleimy ściany naszego – od tej chwili – szczęśliwego i pełnego dobrobytu domu.
No nie. To tak nie działa. I choć rzadko to mówię w kontekście literatury z pogranicza ezoteryki: możecie się o tym przekonać z książki Adrianny Zawadzińskiej „BYĆ. Podróż do wolności”. Autorki nie znam osobiście, ale to, co uderzyło mnie już po kilkunastu pierwszych stronach, to niezwykła łagodność. Łagodność dobieranych słów i bijącej z nich energii. Jakby sama obecność tej książki w dłoniach mówiła kojącym głosem: „Tak, jest coś więcej, a ja za chwilę ci powiem, co”.
Gdybym chciała przemówić tym specyficznym językiem – a umówmy się, nie jest to mój naturalny stan skupienia, ale dla Adrianny spróbuję – powiedziałabym, że proces opisany w tej publikacji, zawarte w niej wskazówki i historie są bolesne, ale przy tym niesamowicie autentyczne. Autorka nienachalnie pokazuje drogę, tłumacząc, jak w całym tym chaosie i dojmującym poczuciu niesprawiedliwości świata znaleźć coś więcej niż tylko gniew. Opowiada jak szukała siły, równowagi i spokoju, który pozwala zakotwiczyć się w teraźniejszości.
Ale uwaga, to jest proces. I to, cytując klasyka, w cholerę trudny. Po drodze musisz wykorzenić to, co wpajano ci przez lata, co bywa bolesne niczym wyrywanie ósemek bez znieczulenia. Nagle czytasz o intencjach, o świetle, o dzieciach, które do około piątego roku życia mają pamięć duszy i widzą więcej, czy o starzeniu się jako naturalnym etapie, a nie wyroku.
Ważnym punktem tej podróży jest uświadomienie sobie mocy słów. Adrianna pokazuje, że słowo nie jest tylko pustym dźwiękiem, ale narzędziem, które potrafi budować lub burzyć nasze wewnętrzne światy. To tutaj pojawia się paliwo dla wszelkiego dobra – autentyczna wdzięczność pochodząca prosto z serca. Nie ta wyuczona, odklepana rano z listy „za co dziękuję, żeby wszechświat dał mi więcej kasy”, ale ta głęboka, przeżyta, która zmienia sposób, w jaki patrzymy na każdą minutę życia. To ona sprawia, że zaczynamy dostrzegać sens tam, gdzie wcześniej widzieliśmy tylko pustkę.
Bezpiecznik Pauli: Oczywiście moglibyśmy teraz wszyscy usiąść w kręgu, trzymać się za ręce i wizualizować sobie fioletowe krowy przynoszące nam wolność finansową, ale Adrianna robi coś innego. Ona pokazuje, że wolność to nie jest brak problemów, tylko brak zgody na bycie ich niewolnikiem. Nawet jeśli twoje ciało stawia opór, którego nie da się przeskoczyć prostą afirmacją.
Ta książka to pięknie wydane przypomnienie na 250 stronach, że o swoim życiu decydujesz ty. Przy pierwszym kartkowaniu poczułam taki ładunek energii, że aż zaczęło mi piszczeć w uszach. W pierwszej chwili pomyślałam, że to jakiś błąd techniczny w otoczeniu, ale nie – to ta treść rezonuje z czytelnikiem w sposób niemal fizyczny. To nie jest kolejny ładny poemat uszlachetniający cierpienie, choć cynicy mogliby pomyśleć: „Co osoba z niepełnosprawnością może mieć do powiedzenia o wolności?”. Adrianna ma do powiedzenia wszystko. To medytacja, która uchyla drzwi do „bycia” i „czucia”, ale tobie zostawia ostateczną decyzję, czy masz odwagę przekroczyć ten próg.
Na okładce czytamy, że autorka jest wolną duszą, która przejawia się w tym ciele, by doświadczać, smakować i przypominać nam, że jesteśmy czymś więcej niż tylko formą odbitą w lustrze. I zdecydowanie ci się to udało, Adrianno. Zrobiłaś to bez taniego dydaktyzmu, za to z potężną dawką prawdy, która potrafi uwierać, ale ostatecznie leczy. To pozycja dla tych, którzy mają dość duchowego fast foodu i szukają czegoś, co naprawdę karmi.
